Strona główna O nas Galeria Wydarzenia Myślistwo Pokoje Okolica Księga gości Linki Kontakt Strona główna Kontakt Mapa witryny
  Dziś jest: środa, 31 sierpnia 2016 roku. Wyszukaj w serwisie:     
 
Wybrane wpisy z księgi gości
(2016-08-23)



(2011-08-25)



 
Aktualności
18 Maja 2014
Miałem go wypatrzonego jeszcze przed sezonem. Ale on też znał kalendarz. Długo się nie widywaliśmy. W końcu na spotkanie poszedłem na 2.00 w nocy. Przyszedł punktualnie o 5.00. Hubert wynagrodził cierpliwość.




05 Maja 2014





05 Maja 2014





05 Maja 2014
Pierwsze koguty zaczęły klapać o świcie, na długo przed wschodem słońca. Usłyszał je najpierw Nikołaj. Ja nieobeznany, nie byłbym w stanie z odległości 200 – 300 metrów usłyszeć jakiejkolwiek zwrotki pieśni głuszca. Szybko się jednak uczyłem. Zaczęliśmy podchodzić, krok po kroku, wsłuchując się w klapanie, trelowanie, korkowanie i szlifowanie. Te cztery zwrotki następują jedna po drugiej. W zasadzie bez zbędnej przerwy. Pierwsza z nich (klapanie), od kilku do kilkunastu razy, przypominała mi odgłos kastanietów lub dźwięk uderzania tyk walczących młodych byków. Trwa to jednak kilka sekund (3-4). Dźwięk ten przechodzi w krótkie, dwusekundowe trelowanie, po czym następuje znany nam odgłos przypominający typowe odkorkowywanie butelki, tzw. korkowanie. To generalnie jedna butelka. Pojedynczy, ale za to silny, łatwy do odróżnienia ton, oznajmiający nadejście czwartej, niezwykle ważnej zwrotki, tj. szlifowania, przypominającego ostrzenie noża o pręt owalny. Owe szlifowanie trwało nie dłużej jak 3-4 sekundy. I był to jedyny czas na bezpieczne podejście do głuchawa, bowiem podczas tej ostatniej zwrotki głuszec nie zwraca uwagi na żadne dźwięki. Mówią, że nawet na odgłosy wystrzałów. Może to i prawda, bo nie zawsze udawało mi się wykonywać kroki bezszelestnie. Poza tym unieruchamiałem się w takich pozycjach, że niejeden obserwator umarłby ze śmiechu. A to człek zgarbiony, a to pochylony na bok, a to noga wyciągnięta i zawieszona w powietrzu, a to wielki rozkrok lub stanie na jednej nodze jak bocian. Podchodzenie w tych baletowych pozycjach trwało pierwszego dnia około czterdziestu minut. Ale warto było ujrzeć w odległości kilkunastu kroków ptaka na sośnie, śpiewającego niezwykle regularnie, gdzie jego kontury na tle nieba z każdą minutą stawały się wyraźniejsze. Przy okazji podchodu, widzieliśmy z Nikołajem milczącego głuchara siedzącego nad nami, jakieś 6 metrów, dalej dwa, które zleciały na ziemię i walczyły, wytwarzając mnóstwo hałasu. W sumie kogutów było minimum 8, z czego 5 pięknie nam śpiewało. Ta pieśń, moim zdaniem, i nie tylko moim, jest jedną z najpiękniejszych pieśni w lesie. W Rosji z odstrzału głuszców uzyskuje się niemałe dochody finansowe. Przeznaczane są one głównie na ochronę i zwiększenie populacji tego gatunku. Utrzymuje się odpowiednią ilość strażników, wyposaża się ich w nowoczesny sprzęt, począwszy od pojazdów, poprzez broń, a skończywszy na dobrze funkcjonujących GPS-ach z wgranymi szczegółowymi mapami. Walczy się z kłusownictwem i nadmierną ilością drapieżników, przede wszystkim z jenotami i lisami. Utrzymuje się wielkoobszarowe naturalne lasy, otwarte powierzchnie mokradeł, mszarów i bagien, stanowiących doskonałe ostoje dla głuszców i cietrzewi. Mój pobyt, polowanie i oddany strzał, również jest wkładem w jego ochronę. Jest także, jak powiedział Stary Wróbel, mój Ojciec, ukoronowaniem mojej i pośrednio i jego, ponad pięćdziesięcioletniej tradycji łowieckiej. W poszczególnych dniach, każdy z nas wracał zadowolony, bo św. Hubert darzył. Generalnie na tokowiska wychodziliśmy na długo przed świtem. Wieczory zaś spędzaliśmy na przelotach słonek. Tu raczej Hubert nie dla wszystkich był łaskawy. Ja, w każdym razie, nie mogę narzekać. Za dnia, po męczących marszrutach, był odpoczynek nad jeziorem, w pełnym słońcu, w saunie i przy wyśmienitej strawie. Nawet udało się nam zorganizować sobie wyjazd do najstarszej w Rosji szkoły leśnej, założonej w 1843 roku, odwiedzając między innymi jej muzeum i izbę pamięci. Na tokowiska cietrzewi wybierałem się już z samym szefem obwodu myśliwskiego, Wadimem Gonczarowem. Uzbrojeni w pojazd gąsienicowy przedzieraliśmy się przez takie tereny, że pieszo, w woderach chyba nie byłoby to możliwe. Zostałyby one wessane w błoto już po kilku krokach. Po pół godzinnej jeździe, docieraliśmy na skraj odkrytego Pendikowskiego Błota. Ufając Wadimowi, w zupełnej ciemności, bez włączonych latarek, kierowaliśmy się na środek bagna, czasami zapadając się po same…. krocze. Tam stał szałas, dobrze uszczelniony, z gałęzi sosnowych. Podłoga i ławka były zbudowane z żerdzi. Szczególnie cieszyłem się z podłogi, bo trzymać buty w zimnym błocie przez kilka godzin nie byłoby najlepszym rozwiązaniem. Do świtu było jeszcze dużo czasu, więc rozmawialiśmy o wszystkim. Szczególnie o łowiectwie. Wadim narzekał, że obecnie, po zmianach polityczno-gospodarczych w Rosji, jest bardzo łatwo uzyskać legitymację łowiecką. W zasadzie wystarczy udać się do urzędu, napisać wniosek i po krótkiej rozmowie ma się stosowne upoważnienie. Tacy nowi czynią, jak wskazał, najwięcej szkód. Bez doświadczenia i wiedzy, ale z chęcią postrzelania sobie, są postrachem dla lasu, przyrody i myśliwych, kultywujących tradycje i przestrzegających zasad bezpieczeństwa i etyki. Jedyne utrudnienia dotyczą uzyskania pozwolenia na broń. Aby je dostać należy przejść odpowiednie badania oraz otrzymać pozytywną opinię od policji. Jeszcze zanim się dla nas rozwidniło, słychać było przyloty pierwszych cietrzewi. Furkot ich skrzydeł oznaczał, że będziemy je widzieć nie dalej jak kilkadziesiąt metrów. I tak też było. Gdy tylko się trochę rozjaśniło, zaczęło się pierwsze czuszykanie. W miarę upływającego czasu, kogutów przybywało więcej. Niektóre pojawiały się w odległości od kilku do kilkunastu kroków od szałasu. Wschodzące słońce ubarwiało wspaniałe upierzenie tych ptaków, które dumnie rozkładały lirowate ogony w pełne wachlarze. Mszar wypełnił się niesamowicie głośnym bulgotaniem. Ten swoisty bełkot był tak donośny, że nie było już słychać naszych słów. Z Wadimem rozmawialiśmy na migi. Zimno nie przeszkadzało. Mimo otwartej przestrzeni akustyka idealna. Zaczęliśmy współgrać z ptakami, od czasu do czasu czuszykać. Pojawiły się jeszcze bliżej. Mój towarzysz zapowiedział, że przy wschodzącym słońcu nastąpi kilkudziesięciominutowa przerwa w tokach. I jakby na rozkaz wszystko ucichło. Ani bełkotu, bulgotania czy czuszykania. Ptaki usiadły i zamilkły. Zapadła niesamowita cisza. My także nic nie mówiliśmy, ani nie gestykulowaliśmy. Czekaliśmy w bezruchu. Kiedy słońce ukazało się całe zza horyzontu, jakiś prowodyr dał znać i wszystko rozpoczęło się od nowa, jeszcze z większą siłą. Nie spodziewałem się takiego harmidru. Było to dla mnie niesamowite przeżycie, siedzieć w samym środku tokowiska. Hałas z Bettinsoli, z dwudziestki, nie zwolnił tempa tokowiska, jedynie część ptaków oddaliła się nieznacznie od nas. I gdyby nie potrzeba fizjologiczna, siedzielibyśmy tak do końca świata. A tak - trzeba było nam się zbierać. Na miejscu zakwaterowania byli już wszyscy. W dobrych humorach i z przeżyciami usiedliśmy do stołu, gadając jeden przez drugiego. Powstał przy tym niekontrolowany bełkot, istne bulgotanie. Dni mijały szybko. Trzeba było się powoli pakować i żegnać z knieją, głuszcami i cietrzewiami. Od piątku do niedzieli mieliśmy zarezerwowany hotel w Petersburgu, przewodników, łódź i auto. W planie było zwiedzanie miasta, zabytków, pływanie po kanałach, Ermitaż, Carskie Sioło, Aurora, wizyta w muzeum pomniku bohaterów obrony Leningradu. W dwa dni to oczywiście niemożliwe, ale dwie pełne doby wykorzystaliśmy do maksimum. Miasto zrobiło na mnie duże wrażenie, pod względem bogactwa tego dawnego i tego nowego. Tysiące ludzi na ulicach, tysiące samochodów najlepszych marek, odrestaurowane zabytki błyszczące w złocie. Przepych. A Ermitaż? Ermitaż cudowny. Dzieła Rembrandt’a, Monet’a, Leonarda da Vinci, Michała Anioła, Goyi, Goden’a, van Dyck’a, Rubensa, van Gogh’a. I wiele, wiele innych arcydzieł. Tego się nigdy nie zapomni. Odlot nastąpił w dniu 28.04.2014r. o godzinie 5.20. W Wiedniu byliśmy o 6.05. (różnica stref czasowych). Jeszcze musiałem samochodem pokonać tysiąc kilometrów i już byłem w domu, a raczej w pracy, bo prawie z marszu poszedłem do biura. Teraz o przeżyciach w Rosji przypomina mi stojąca przy kominku matrioszka.




05 Maja 2014
Przygotowania na wyprawę do Rosji, w Tosnienski Rejon położony w obwodzie Leningradzkim, trwały od kilku miesięcy. Aby się tam dostać, należało spełnić kilka podstawowych warunków, a mianowicie: mieć aktualny, ważny minimum na sześć miesięcy paszport, uzyskać voucher wraz z potwierdzeniem, ubezpieczyć się na kwotę minimum trzydzieści tysięcy euro, wypełnić obszerny wniosek o wydanie wizy, który należy złożyć w konsulacie Rosji, zarezerwować bilet lotniczy (lub zaplanować inną formę podróży). Po otrzymaniu wizy rozpoczęliśmy kompletowanie bagażu, na który, według zaleceń osoby zapraszającej, składać się między innymi powinny: duża torba lub walizka podróżna, wysokie buty wędkarskie, najlepiej ocieplane tzw. wodery, gumowce, buty terenowe (najlepiej dwie pary, na zmianę), bielizna termiczna (dwa komplety), lekka, ciepła odzież wierzchnia, ciemnozielona lub (najlepiej) w kamuflażu, płaszcz, nakrycie głowy, cienkie rękawiczki, siedzisko, artykuły higieny osobistej, latarka ręczna i czołowa, termos, antybiotyk o szerokim spektrum działania, tabletki przeciwbólowe, lornetka, aparat fotograficzny, skalpel, nóż myśliwski, dużo skarpet, gaci, podkoszulek, dalej telefon, kompas, przybory do pisania, plecak na wyprawy terenowe, zasób gotówki, minimum 30 euro na każdy dzień, zdrowie i przynajmniej kondycja w stopniu średnim. Dość sporo tego, ale kiedy celem, w sumie dziesięciodniowej podróży, miały być tokowiska głuszców i cietrzewi w trudnodostępnych miejscach w Rosji, to wszystko to, co wyżej zostało wymienione, stanowiło niezbędne minimum. Do tego jeszcze należało rozważyć dwudniowy pobyt w Petersburgu, aby móc na koniec rozkoszować się jego zabytkami, zbiorami muzealnymi i poszerzyć wiedzę o historii miasta. W sumie zebrało się pięciu ochotników, którzy spełnili wszystkie podstawowe warunki. A byli to: Jiri Fiśer (nasz sekretarz i księgowy), Zdenek Vlćek (od spraw prawnych), Roman Boćek (tłumacz), Miroslav Vrtilek (porządkowy) i Andrzej Wróbel (do kontaktów, organizacji oraz budzenia śpiochów). Taki skład kompanii gwarantował duży profesjonalizm, wzajemne zaufanie i niezwykle dobrą atmosferę. Dla mnie podróż zaczęła się 18.04.2014 roku ze Smołdzina, skąd udałem się przez Brno, do miejsca naszego zgrupowania w Wiedniu. A z niego samolotem do Petersburga. Odlot z Wiednia nastąpił 20.04.2014 roku o godzinie 10.15, a przylot na miejsce o godzinie 14.55. Sama odprawa i przelot nie stanowiły problemu poza jednym wyjątkiem, moim, gdyż dwa dni przed podróżą byłem na udanym polowaniu u siebie w Kole „Daniel”. Z tego polowania pozostały mi dwie łuski w kalibrze 308 Win, które to gdzieś głęboko utkwiły w zakamarkach kurtki. Łuski zostały wykryte promieniami rentgena w punkcie kontroli pasażerów. No i zaczęło się! Kontrola osobista, szczegółowe przeszukiwanie bagaży oraz przesłuchania. W końcu mnie wypuścili i samolot mógł odlecieć ze mną. Na lotnisku w Petersburgu czekał bus, który dowiózł nas przez miasto Tosno do Wostocznego Sowchoza w Nurmie, gdzie nastąpiła przesiadka do kolejnego busa tj. UAZ-a 452. Tylko on gwarantował nam bezpieczne dotarcie do Penbukowa, miejsca naszego pobytu. W informacji o miejscu naszego zakwaterowania podano, że można zabrać aparaty fotograficzne i ładowarki do nich, bo „w domie jest elektrika”. Po takim stwierdzeniu, można było się spodziewać wyłącznie spartańskich warunków. Było jednak odwrotnie. Dom myśliwski, położony nad jeziorem Penbukowskim, spełniał wszystkie europejskie standardy. Pokoje jedno, dwu i trzyosobowe (w sumie 12 miejsc noclegowych), dwie łazienki, salon myśliwski z jadalnią i kuchnia z pełnym wyposażeniem. Oczywiście była możliwość przemieszczenia się dalej, do miejsca w klasie „ekonomik”, jednak nikt z nas nie chciał ryzykować, tym bardziej, że do dyspozycji mieliśmy także saunę (banię). Na miejscu przywitał nas gospodarz myśliwskiego gospodarstwa Vladim Gonczarov. Bardzo przyjazny człowiek, podobnie jak jego współpracownicy, którzy towarzyszyli nam w bazie. A byli to: Wiktor Anisimov i Walerij Bystrow. Zapowiedzieli, że pogoda będzie bardzo dobra, bez opadów, ciepło, do 18-20 stopni w dzień i do minus 6 w nocy. Toki głuszców i cietrzewi rozpoczęte, a słonki już pięknie ciągną. Obszar obwodu łowieckiego, gdzie mieliśmy przebywać, liczy 169 tysięcy hektarów. Po odliczeniu miejscowości, sowchozów, to 165 tysięcy hektarów terenów trudnodostępnych lub nawet niedostępnych ze względu na swój podmokły charakter. Liczne jeziora, mokradła i mszary poprzeplatane są drzewostanami z głównym udziałem brzozy, miejscami sosny i świerka oraz osiki. Nie widać na nim leśnej gospodarki człowieka. Aby móc się poruszać po tak nieprzyjaznym terenie, należy posiadać pojazdy czterokołowe (quady) lub pojazdy gąsienicowe. A gdy one zawodzą pozostają wyłącznie wodery, długie buty gumowe. Naturalnie zimą sytuacja się zmienia, wówczas można dotrzeć do wielu miejsc, choć nie do wszystkich. Na tym obszarze występują łosie (widziałem dwa razy), wilki (słyszałem każdej nocy), niedźwiedzie (napotkałem ślady bytowania), bobry (widziałem kilka osobników za dnia), dziki (widziałem tylko przejście jednego przelatka, około 40 kg), rysie, borsuki, lisy, jenoty, kuny, bielaki, kuropatwy, pardwy (widziałem i słyszałem), puchacze (widziałem za dnia jednego osobnika siedzącego (śpiącego), na wyschniętej brzozie w trzcinach), bieliki (dwukrotne spotkanie), żmije zygzakowate (natknąłem się na dwie), no i oczywiście głuszce, cietrzewie i słonki, które stanowiły cel naszej podróży. Na tak wielkim obszarze, co roku, planuje się pewną ilość poszczególnych gatunków do odstrzału, poprzez tzw. licencję. Na rok gospodarczy trwający od 01.08.2013 roku do 31.07.2014 roku wyznaczono między innymi do pozyskania: 30 łosi, 40 bobrów, 105 kun, 12 dzików, 3 niedźwiedzie, 1 rysia, 2 borsuki, 20 głuszców, 15 cietrzewi, słonki, bekasy, kuropatwy, kaczki, zające, jenoty. Nie wystawiono licencji na wilka. Pierwsze wyjście na spotkanie z naturą, głuszcami i cietrzewiami, zaplanowano z soboty na niedzielę, tj. z 20 na 21 kwietnia 2014 roku. Część grupy udała się na głuszce, a część na cietrzewie. Współtowarzyszami ochoty (łowów) byli: Jurij Rodimov, Nikołaj Griszczenko i Władimir Morgunkov. Mi przypadł młody, ale z wielkim doświadczeniem, Nikołaj Rjazancew. Na miejsce spotkania, na godzinę drugą w nocy, zawiózł mnie Walerij Bystrow. Na niezaoranym polu kukurydzianym, obok wyrzuconych fragmentów krów, czekał na mnie Nikołaj. W świetle latarek udaliśmy się przez podmokły las brzozowy w kierunku południowym, omijając rozległe Pendikowskie Błota. Po przebytych dwóch kilometrach w głuszy, nad strumieniem stał quad, którym to przez kilkadziesiąt minut przedzieraliśmy się przez mokradła, rowy, doły, skarpy i rozlewiska. A wszystko to prawie w zupełnej ciemności. Dalej znów pieszo, aż dotarliśmy na skraj trzydziestoletniego lasu świerkowego o słabym zwarciu, bez podszytu, lecz o charakterze boru bagiennego. Tu zaczekaliśmy na pierwsze pieśni głucharów, bowiem jeszcze z wieczora Mikołaj odnalazł ich miejsce zapadów, słysząc liczne krechtania. Przeczekał noc, w temperaturze około minus trzy stopnie, po czym udał się na spotkanie ze mną.




27 Stycznia 2014
Wstążkowy byk. Prezent urodzinowy od św. Huberta. Jak ten czas szybko leci. Szczególnie babcie to wiedzą w dniu ich święta, oraz ja, bo właśnie 21.01.2014 roku obchodziłem swe kolejne urodziny. Dwudzieste w sercu, trzydzieste w głowie, czterdzieste dla przyjaciół i pięćdziesiąte drugie dla rodziny. To ona dokładnie wylicza mi biegnący czas i me latka. Prosi mnie abym się już ustatkował. No i staram się. Kiedy dostałem, w związku z moim świętem, zaproszenie od św. Huberta niezwłocznie udałem się w umówione miejsce w kniei. Hubert czekał tam na mnie z okazałym prezentem, udekorowanym w ładną niebieską wstążkę. Prezent przyjąłem z ogromną radością. Do teraz jeszcze bije szalenie moje serce. Tak samo, jak kiedyś, kiedy prawie pół wieku temu dostałem od swego ojca kolejkę elektryczną. A kiedy świętowałem? Ano w sobotę i niedzielę. Na balu myśliwskim KŁ Wilk, no i w domu przyjmując gości. Wtorek był dniem tylko dla mnie i Huberta.Pozdrawiam ciepło wszystkich.




16 Stycznia 2014
cd




16 Stycznia 2014
Ostatnie dni w 2013 roku, tj. 28 i 29 grudnia przebywałem w Kniei. Dosłownie i w przenośni, gdyż przyjęli mnie na dwa dni do siebie członkowie Koła Łowieckiego Knieja w Tczewie. Nie ukrywam, byłem bardzo rad z tych dni spędzonych u Kolegów z kilku powodów. Pierwszy to taki, że członkiem tego Koła jest Stary Wróbel, mój tata, drugi, że są to moje rodzinne strony, skąd pochodzę i gdzie się urodziłem, trzeci to okazja do spotkania się z wieloma przyjaciółmi z Kniei i w kniei. Sympatycznie jest poza tym stanąć na linii myśliwych u boku ojca i razem wsłuchiwać się w odgłosy polowania, obserwować przemieszczającą się zwierzynę, wspólnie zjeść posiłek i komentować wszystkie zdarzenia na bieżąco. Prym w tych dniach wiedli oczywiście Prezes, Ignaś, Ignacy Stawicki, i Łowczy Alfred Skoczylas, jak zwykle w dobrej kondycji i pozytywnie nastawieni do świata. Pogoda była idealna, warunki terenowe także, zwierzyna dopisywała w każdym miocie, prowadzący polowanie nie mieli żadnych wpadek. Jedynie myśliwi hucznie chcieli zakończyć owy 2013 rok i wypalali ze swych luśni gdzie tylko popadnie. Lubię wówczas, po zakończonym miocie wysłuchiwać różnych wersji sprawozdań z tego samego zdarzenia. Fantazja ludzka nie zna granic, a już kolegów myśliwych historyje, to same perełki. Nie ukrywam, ja też trochę do tego dokładam. Polowaliśmy chyba na ponad 30 strzelb, ale z rozmieszczaniem myśliwych na stanowiskach nie było problemu. To samo zwózka po zakończonym miocie. Pierwszy pokot był w urokliwym miejscu, na terenie leśniczówki w Opaleniu, obok pięknie wyrzeźbionej w drewnie postaci św. Huberta, drugi pokot, w drugim dniu był przy leśniczówce w Dębowie. W owej leśniczówce, na początku lat 60 ubiegłego wieku mieszkałem jako brzdąc ze swoimi rodzicami i siostrami. Przy ognisku, Stary Wróbel opowiadał, że w owych czasach pakował mnie do swoistego plecaka i zabierał mnie do lasu. Ale teraz już wie, że chyba "przedobrzył". Wywołało to ogólną wesołość wśród słuchającej Braci, choć myślę, że trochę prawdy w tym twierdzeniu jest. Rozstawaliśmy się wszyscy już po zmierzchu, kiedy ognisko powoli gasło, ale nie w naszych sercach. Życzyliśmy sobie na nadchodzący 2014 rok zdrowia, szczęścia, przede wszystkim szczęścia (Ignaś wie dlaczego), poza tym bogatej kniei (Kniei), przyjaciół radosnych i wielu miłych zdarzeń. Tego i Wam i sobie jeszcze raz życzę. Darz Bór!




16 Stycznia 2014
cd




16 Stycznia 2014
Można się zebrać w kilku chłopa, wydzierżawić obiekt i gospodarować na nim zwierzyną tak, jak na prawdziwych gospodarzy przystało. Jednym z takich rewirów zajmują się moi przyjaciele z Czech. Rewir (obwód) o nazwie Koberstejn położony jest niedaleko granicy z Polską, kilkanaście kilometrów od Jesenika. Liczy około 1 400 ha i leży w Sudetach Wschodnich, na terenie Hruby Jesenik. Z uwagi na swoje usytuowanie teren obwodu położony jest średnio 800 - 1000 metrów npm. Nie przeszkadza to jednak zwierzynie, która w lasach, głównie świerkowych znajduje doskonałe warunki do bytowania. Dobre zagospodarowanie łowisk, stała ich kontrola, okresowe dokarmianie pozwala utrzymać zwierzynę w dobrym stanie zdrowotnym a co ważne i ilościowym. Głównymi gatunkami są tu jelenie, dziki i sarny. Bogactwo przyrody, zdrowy klimat, dogodne warunki dla turystów, w tym narciarzy przyczyniają się do rozwoju regionu. Choć dzierżawa obwodu nie jest tania, wielokrotnie przekraczająca wielkość nuty dzierżawnej wypłacanej przez polskie koła łowieckie, to moi koledzy związali się z tym rejonem chyba na dłużej. Wyremontowali dwa obiekty, zagospodarowali łowiska, dokarmiają zwierzynę, monitorują teren poprzez liczne zainstalowane fotokamery z przekazem elektronicznym wprost do komputera.Ostatnio przez kilka dni miałem okazję przebywać w ich stronach, porównać co się zmieniło od ostatniego razu. Dom mieszkalny w Rejviz oddano do użytku z miejscami noclegowymi, dom gospodarczy również jest gotowy. Zrobiło się miło i przytulnie. Nowe ambony posiadają okna, są obite od wewnątrz materiałem, drogi przejezdne. Przynajmniej teraz, bo gdy śnieg spadnie, to nie będzie już tak łatwo. Gospodarują w sześciu. Główny prym wiodą Mirek Vrtilek, Jirek Fiśer, Svatia Śćudla. Choć pojawia się czasami Roman, to głównymi bywalcami w gospodarstwie jest ta trójka, Jest tam naprawdę pięknie. I jeszcze gdyby nie ta mgła, to człek cieszyłby swoje oczy wspaniałymi widokami z gór. W czasie mojego pobytu odwiedził mnie stary przyjaciel Radek Reichel, który gospodaruje na sąsiednim obwodzie, o trochę innej specyfice, ale to temat na inny termin. W domku myśliwskim znalazłem świeżuteńką prasę łowiecką. Dwa zdjęcia przykuły moja uwagę. Pierwsze, to ciekawy perukarz strzelony w Bawarii a drugie to ciekawa reklama broni myśliwskiej. To tak aby temat tej mojej opowiastki nie był aż tak monotonny.




16 Stycznia 2014
cd




16 Stycznia 2014
Okazją do wyjazdu do Czech były listopadowe urodziny Karela (60), Svati (52) i Mirka (61). Wygospodarowałem dodatkowo jeden dzień na polowanie na bażanty oraz kilka dni na pobyt w łowisku Koberstejn (pisownia czeska). Podróż ze Smołdzina do Svati (Ceśka Veś) odbyła się bez przeszkód. na bażany ruszyliśmy następnego dnia.Po drodze,na Morawach, w Olomouce zabraliśmy Jirka. Miasto Kromeriż przywitało nas wspaniałą pogodą, więc humory wyraźnie dopisywały. Zbiórka wszystkich nastąpiła na umówionej stacji benzynowej, a dalej już dosłownie kilka kilometrów do łowiska. Znałem je z poprzedniego pobytu, więc czułem się już swojsko. Sami znajomi. Koledzy, przyjaciele. Zaplanowano dwa mioty. Na kilku myśliwców powinno wystarczyć. Polowanie przebiegało sprawnie, z przerwą między miotami na mały posiłek. W pierwszym miocie ułożyłem 35 ptaków w drugim 16 i nieoczekiwanie zostawałem królem. Piszę z czasownikiem niedokonanym, bo mieliśmy jeszcze trochę czasu, a co niektórzy i amunicji, więc zrobiono dodatkowy miot. W tym trzecim dołożyłem jeszcze 17 po czym luśnia ucichła, ale kompani nadal grali. Tak grali, że musiałem abdykować. I Bogu dzięki, bo bym się chyba wykosztował, gdyż wcześniej zapowiadali, że mi królewskiego tytułu nie darują. W sumie padło 245 kogutów i 197 kur. Po zakończeniu polowania udaliśmy się do wynajętego hotelu w mieście, Hotelu u Zlateho Kohouta (nomen omen?), gdzie obiadowaliśmy i obchodziliśmy urodziny Mirka. Wieczorem odwiedziliśmy wszystkie knajpki wokół głównego kromeriżyńskiego rynku. Ze względu na brak zgody (co rozumiem) ze strony współtowarzyszy, zdjęć z drugiej części dnia nie załączam. Przy najbliższej sposobności dołożę w zamian trochę informacji o rewirze Koberstejn.




16 Stycznia 2014
Wróbel - królewski ptak! W dniu 15 listopada 2013 roku Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Szczecinku zorganizowała w Ośrodku Hodowli Zwierzyny na terenie Nadleśnictwa Czarne Człuchowskie polowanie szkoleniowe miedzy innymi dla nadleśniczych i gości zaproszonych, w tym również i dla mnie. Z uwagi na znaczą odległość od mego domu, wyjechałem dzień wcześniej. Nie chciałem być niewyspany i nie chciałem zasypiać później na ambonie. Nocowałem w siedzibie Ośrodka Hodowli Zwierzyny w Rzeczenicy. Na zbiórce myśliwych, wśród szkolonych pojawili się również i inni dostojni goście między innymi wicewojewoda zachodniopomorski, kapelan myśliwych i łowczy okręgowy z Koszalina. Organizacja i przebieg polowania przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Najwyższy poziom. Rzekłbym - światowy. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Nie można było się do niczego przyczepić. No! Chyba jedynie do mnie bo zapomniałem aparatu fotograficznego, choć w plecaku było niemal wszystko: lornetka, zapasowe skarpety, ręcznik, rękawice higieniczne, latarka, jedzenie, picie, tzw. poddupnik, kamizelka ostrzegawcza, amunicja itd.itd. Sadzę, że gdzieś jeszcze wynajdę zdjęcia w internecie ze szkolenia, to uzupełnię dokumentacje. Kartki na stanowiska były losowane z kapelusza. Jedna odwrócona widokiem do góryz numerem 47. Nikt jej nie chciał. Więc ja się na nią zdecydowałem. Bo nieważne jest jakie się ma stanowisko. Ważna jest przychylność od św. Huberta. Rozdano mapy poszczególnych miotów oraz informacje o polowaniu szkoleniowym wraz z drukami do wypełnienia po zakończonym polowaniu. Wszystko więc było wiadomo. W pierwszym miocie pojawiły się na moim stanowisku cztery byki. Jeden rozpoznany: ósmak w drugiej głowie. Takiego nam nie kazano strzelać. Można, bez uszczerbku na kieszeń, pozyskać byki szpicery (do wysokości łyżek) i ósmaki nieregularne, dalej: łanie, cielęta, kozy, koźlęta, dziki (z oszczędzaniem ewentualnym loch) oraz drapieżniki. Za byki selekcyjne, starsze, należało jakąś tam kwotę uiścić. W drugim miocie pojawiły się u mnie gościnnie dwie łanie, ale bez możliwości oddania dobrego strzału. Zresztą były poza strefą wyznaczoną na drzewach jako strefa bezpiecznego strzału. Później zawitały byki w trzech grupach. Dwa razy po trzy, a w nich mocny i w dodatku widliczny, medalowy byk. Za mocny. W trzeciej grupie Hubert przedstawił mi kolejne byki. Pierwszy to piękny, długi i silny w masie ósmak nieregularny. Drugi to mocny, jednostronnie koronny byk. Zdecydowałem się na ósmaka. Złożyłem się. Długo prowadziłem, aby nic nie zepsuć. W końcu oddałem jeden strzał. Jeden strzał, jeden byk. Bo wiadomo: Król jest tylko jeden. Na pokocie były ponadto łanie, dzik i cztery kozy. Całość zakończyła się podsumowaniem polowania z głosem dla króla. Wspomniałem, cytując słowa dyrektora RDLP ze Szczecinka, że regulacja liczebności zwierzyny jest również jedną z form ochrony przyrody, ochrony danej populacji, ochrony całego ekosystemu (leśnego i nieleśnego). Podziękowałem również kolegom myśliwym za dobrą atmosferę oraz za to, że pozwolili mi pozyskać tego pięknego byka, dodając, że nikt z nich nie chciał brać kartki stanowiskowej nr 47, jakby chcieli abym ja ją wybrał. Byłem na wielu polowaniach pędzonych z ambon. Byłem w wielu krajach Europy. Ale te z 15 listopada 2013 roku w Nadleśnictwie Czarne Człuchowskie to mistrzostwo świata. I takie polowanie pamiętać będę do końca życia. Do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Darz Bór! A! Wicekrólem polowania został nadleśniczy z nadleśnictwa Łupawa stanowisko 48 - dwie łanie) zaś królem pudlarzy - Łowczy Okręgowy z Koszalina.




16 Stycznia 2014
Jak tylko ma księżyc świecić, wszystkie szalone myśliwce opuszczają swe gniazda (rodzinne) i ruszają w teren. Pozostawiają żony, dzieci lub kochanki. Mimo zimna, wiatru nic im nie straszno. Tak też było ze mną. I choć pojawiały się myśli co ja tu robię, zamiast leżeć w ciepełku, dygotałem z zimna aż do świtu czekając na jakowyś cud. W przerwie między zachodem księżyca a wschodem słońca nie zauważyłem w tym swoim pół letargu pasących się byków. Dopiero w rozrzedzonej mgle o poranku wracały z ozimin kierując się do trzcin. Tam miałyby lepiej. Bezwietrznie i bezpiecznie. Szedł pierwszy dwunastak nieregularny z pypciem minimalnym a za nim szóstak w czwartej lub piątej głowie. I z tego dylematu i adrenaliny zapomniałem o zimnie. Pozwoliłem na odejście szóstakowi, bo poruszał się skosem. Dwunastak zaś był bliżej i szedł wyjątkowo zamyślony. I to był prezent od św. Huberta na zbliżające się me imieniny. Darz Bór!




16 Stycznia 2014
Pogoda 27 października 2013 roku zapowiadała zmienna. I taka też była podczas hubertowskiego polowania w WKŁ nr 291 "Wilk". Na szczęście dobre humory i chęć spaceru po kniei nie odstraszał nemrodów. A myśl o dobrej golonce, która będzie czekała na koniec dnia jeszcze bardziej poprawiała samopoczucie. Słońce kłóciło się z deszczem. Każde z nich miało chwilową przewagę. Zwierz pochował się gdzieś głęboko nie chcąc nawet obserwować tych zmagań. Pomocne okazały się teriery, które wycisnęły tyle zwierza, że wystarczyło na wyłonienie króla, a raczej królową polowania hubertowskiego. Padła łania, dzikor i dwa lisy. I to na prawie czterdzieści strzelb! A wśród nich nasza Królowa: Bernadeta Lewicka.




16 Stycznia 2014
Polowanie hubertowskie w Danielu, wyjątkowo wyznaczono na 26 października 2013 roku. Oprócz 39 myśliwych, kilkunastu naganiaczy i Wokera (mego teriera walijskiego), stanęła rohatyna, która już od dziesięciu lat przechodzi z rąk do rąk, na okres jednego roku do króla hubertowskiego polowania. Ten, kto chce przejąc ją na stałe, musi wykazać się przychylnością św. Huberta i trzy razy zdobyć miano króla. Do dnia 26 października 2013 roku mianem króla polowania hubertowskiego szczycili się następujący koledzy: Michał Minginowicz w 2003 roku, Andrzej Wróbel w 2004 roku W tym roku zaistniała takowa okoliczność, że jeden z myśliwych miał szansę przejąć na stałe wspaniałą rohatynę. Myśliwych podzielono na dwie grupy: karczyńską i redwańską. Ja znalazłem się w tej drugiej. I dobrze, bo zwierza było wiele, strzałów jeszcze więcej, ale tych celnych bardzo niewiele. I stojąc na linii, chyba w czwartym miocie, w końcówce ogonka tylko słyszałem jak nemrodzi wypalają ponad trzydzieści razy. Taki już los, kiedy wyciągnie się kartkę z numerem 13 i stanowiskiem chyba 16. Pod koniec pędzenia. kiedy huk wystrzałów milkł, przytruchtał jeden dzikor pod moje stanowisko. Cichutko, wręcz bezszelestnie podszedł na kilkanaście kroków i stanął. Ruszył dopiero kiedy wypaliłem. Dla pewności poprawił kolega Przemek Tabała, stopując go w miejscu. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, że będzie on królewskim dzikiem. W owym miocie padł jeszcze jeden dzik, o znacznie mniejszej wadze. W sumie padły cztery dziki i trzy lisiory. A rohatyna znów stoi w moim gabinecie, na honorowym miejscu.




16 Stycznia 2014
Muchomorek kręci z Rybcią na Poligonie




16 Stycznia 2014
cd




16 Stycznia 2014
Zapomniałem, z tego nawału prac pochwalić się moją wizytą w Luksemburgu. Odwiedziłem tam swojego przyjaciela Pierrota Mathieu no i "swoje tereny" łowieckie. One zawsze są dla mnie przychylne. Nawet w dniu, kiedy miałem wygłosić referat o 15.00, wpadłem na moment na najbliższą zwyżkę licząc od miejsca prelekcji. W środku dnia, w upale, w lesie bukowym Hubert i owe łowisko podarowało mi sympatycznego rogacza. Zresztą nie tylko rogacza. na zdjęciach pojawia się także sympatyczna cór Pierrota.




27 Czerwca 2013
Wczoraj, tj. 26.06.2013 roku wypuściliśmy cztery sympatyczne foki na naszej plaży w Czołpinie. Trzy z nich mają nadajniki GPS, więc wkrótce będzie można śledzić ich "marszrutę" przez internet, wchodząc na stronę: www.fokarium.pl do zakładki: śledzimy nasze foki.
Krótki filmik ze zdjęciami znajdziecie także pod adresem: Obejrzyj.




11 Czerwca 2013
To wyłącznie moje odkrycie. Nikt o nim wcześniej nie słyszał ani nie widział. Zwykle jestem gadułą, ale w tym przypadku odkrycie, przynajmniej w fazie początkowej, musiałem zachować w tajemnicy. Wyłącznie dla siebie. Pierwsze spotkanie odbyło się na początku kwietnia. Było krótkie, wręcz przelotne. Kilka sekund nie pozwoliło nam na bliższe poznanie siebie. Ale postać Jego wracała nieustannie w mych snach i marzeniach. Drugie spotkanie, trochę dłuższe, już majowe, odbyło się niezapowiedziane. Dosłownie wpadaliśmy na siebie. Ale on mnie i tak nie zauważył. Pobiegł za drugim perukarzem, z frędzlami. Śmiało można rzec, że uciekinier miał małą, futrzaną jarmułkę, a głowę zdobiły dyndające pejsy. Mnie interesował jednak ten pierwszy. Był okazały, prawdziwie koronny, z koroną pięciogrotową, jak u króla Kazimierza Wielkiego. Ta, jednak, u kozła, była przytwierdzona na stałe. I pomimo tego, że na stałe to taki kozioł w naszej gwarze i literaturze myśliwskiej nazywany jest perukarzem. Nie jest to oczywiście rogacz, bo z rogami nie ma on nic a nic wspólnego. Pamiętam, jak wiele lat temu zabrałem na objazd terenu mojego kolegę. Za dnia oglądaliśmy kozły. Szybko się nauczył jak one wyglądają i szybko je wypatrywał. W pewnym momencie krzyknął, że widzi kozła. Ja nie mogłem jednak go dostrzec. Widziałem jedynie kozę. Zapytałem go wówczas, skąd wie, że to kozioł. Usłyszałem odpowiedź: Ma rogi. Rogi kolego, to ma krowa i Ty! A kozioł ma parostki -pouczyłem. Po pewnym czasie znów zauważył kolejnego kozła. Jest kozioł - szepce - ma rogi. A po chwili pukając się w czoło dodaje: Znaczy się parostki. Rogi to ma krowa i ja. Jednak ten mój kozioł, bo tak już mogę go nazwać nie miał ani rogów, ani parostków. Nie miał też ani poroża ani peruki. Taki jakiś dziwoląg. Stąd nazwałem Go koronnym, myłkusowatym perukarzem, w skrócie KMP. Odstrzał dostałem od kolegi Jana, Łowczego Koła Łowieckiego Nowy Bór w Łebie, gdzie Prezesem jest książę łebski Roman I. Mają tam dobrych poddanych. Są gospodarni, pracowici i co ważne: przyjaźnie nastawieni do ludzi i świata. Dbają o łowisko, o przyrodę. Trzymając odpowiedni glejt w rękach, ćwierkałem ze szczęścia. Mając to swoiste zaproszenie, zgodę na wjazd do Boru, na pobyt i audiencję do obwodu nr 21 udałem się z początkiem czerwca. Wychodziłem w teren dwukrotnie. Czekałem od wieczora do rana. Nie miałem jednak przyjemności spotkania. Upajałem się więc głosami derkaczy i słowików. Była to istna mieszanka cudownych dźwięków, na chwilę przerywanych klangorem kilkudziesięciu żurawi płoszonych przez dziki i jelenie. Kozły, były chyba w symbiozie z ptakami, bo na nie żaden ze śpiewaków nie reagował. Jedynie one same na siebie. Wychodząc po raz trzeci, na sam świt, chciałem skorzystać z zasady: Kto rano wstaje temu Hubert daje. I podarował. KMP stał w trawach. Do boku. Łeb podniesiony, z którego świece lustrowały teren. Odległość wymarzona. Tylko osiemdziesiąt cztery metry. Rozstawiam pastorał i klinuję w nim Blasera. Odbezpieczam. Głośno mi to wszystko wychodzi. Oj głośno. Ręce drżą. Oddech podniecony. Serce wali. KMP odwraca łeb w moją stronę. Patrzy na mnie a ja wypalam. Jest mój. Ten wyśniony I śni mi się nadal. Darz Bór!




28 Maja 2013
Pokręcony ten kozioł jak ten cały nasz świat. Wypatrywałem go już od czasu scypułu. Później gdzieś przepadł. Pojawili się dewizowcy. "Odfajkowali" 35 kozłów. Więc z tym moim się też pożegnałem. Pod wieczór przedzwoniłem do mamy z życzeniami, po czym zakomunikowałem w domu, ze tylko na moment wyskoczę, by rzucić okiem na łąki. No i rzuciłem, ale nie tylko okiem lecz i mocnym słowem gdy tylko go zobaczyłem. Nie zwracał na mnie uwagi. Gonił kozuchnę, Bóg raczy wiedzieć czemu. Może przeganiał ją ze swego rewiru. A koza uporczywie wracała, bo miała kilkudniowego koźlaka. Sprawy wziąłem we własne ręce. Wkleszczyłem się w róg kulawej, trzynożnej ambony (czwarta noga spróchniała). Powoli, cichutko wziąłem myłkusa precyzyjnie w krzyż i .... Pach!. Drugi krzyżyk postawił mu św. Hubert, Co za radość! Co za dzień. Rano dwa rzepakowe kubusie, a wieczorem wymarzony, już prawie odpuszczony piękny myłkus.Po prostu rewelacja! Teraz to i ja sobie odpuszczam. Tak. Tak. Już niektórzy z Was tak sobie nawet pomyśleli. Co w części przyznaję rację. Pozdrawiam i Darz Bór!




28 Maja 2013
Jakoś sobie upodobały kwiaty rzepakowe. Wszędzie były. Może to w związku z Dniem Matki chciały bukiety (żołądkowe) utworzyć? Musiałem przepędzić towarzystwo bo szkody czynią niesamowite.




08 Maja 2013
Po wojażach ze Starym Wróblem w okolicach Parku Narodowego Mokala w Republice Południowej Afryki przywitałem się ponownie ze św. Hubertem w łowisku na Poligonie. Łowisko czekało na mnie świergotem skowronków, odgłosami czajek i żurawi. Nawet kukułka sprawdzała, czy nie wypłukało mi kieszeni ze złota. Znaczy się polskich złotówek. W prezencie za szczęśliwy powrót św. Hubert podarował mi tego oto dzikora.




07 Maja 2013
Wielka Dziura
Śledzenie pogody to najważniejsze zajęcie, jakie wykonywałem na początku kwietnia. I nic by w tym nie było dziwnego, gdybym nie sprawdzał jej w Kimberley. W końcu dopasowała, łącznie z zakupionymi biletami na dany termin pogodowy. Miało być w granicach 25 stopni Celsjusza, całkowicie bezwietrznie z chłodnymi rankami. To pogoda wymarzona dla Starego Wróbla, no i dla mnie. Ale, aby się tam udać, należało podreperować zdrowie, zaopatrzyć się w medykamenty, sprzęt, odpowiednie ubranie no i towarzystwo. Trasa, ze względu na badania lekarskie trwała okrężną drogą: Trójmiasto, Jesenik, Brno, Wiedeń, Frankfurt, Johannesburg, Kimberley i wreszcie Mokala National Park z noclegiem w C’est La vie Game. W jedną stronę zaliczyliśmy podróż trzema samolotami i trzema różnymi samochodami. Dosłownie na kraniec świata. Mokala National Park leży około 80 km (brama wjazdowa) od Kimberley. To młody Park, stale się powiększający, o typowym dla Afryki Południowej krajobrazie z równinami połatanymi małymi kamienistymi wzniesieniami. Wszystko na płaskowyżu o wysokości ponad 1220 m n.p.m (przynajmniej tam, gdzie bywaliśmy). Naokoło Parku wielkoobszarowe farmy. Są również dobrze zadbane jak sam park. I pomimo dość surowego klimatu, ze względu na niskie opady atmosferyczne (100-500 mm) posiadają bogatą szatę roślinną i dość bogaty świat zwierząt. Te ostatnie, z uwagi na wypaloną przez Słońce trawę nie mają łatwego życia. A tu nadchodzi afrykańska zima. Brak dostatecznej bazy pokarmowej przyczynia się do spadku liczebności zwierząt, szczególnie antylop. To ogromne zmartwienie i dla służb Parku i dla właścicieli farm. Jednym z rozwiązań jest przeprowadzenie redukcji zwierząt na zasadzie sprzedaży odstrzałów. Takie praktyki nie są czymś obcym w parkach narodowych np. Yellowstone w USA (najstarszy park narodowy na świecie) czy w polskich parkach narodowych. W Republice Południowej Afryki mieliśmy okazję przyjrzeć się redukcji zwierzyny, a nawet w niej uczestniczyć. Nie w samym Mokala National Park, ale w bezpośrednim jego sąsiedztwie. Śmiało można powiedzieć, że w jego otulinie. Część dochodów, z płatnych odstrzałów, pokrywa koszty utrzymywania farm a część dochodów przeznacza się na utrzymanie służby parku. Wydaje się to logiczne i uzasadnione. Pobyt przeplatany był zwiedzaniem przepięknej okolicy, spotkaniami i uczestniczeniem w redukcji zwierzyny. Była nas czwórka: Mirek Vrtilek z Saszą (Czechy), Jan Wróbel, z racji doświadczenia życiowego zwany Starym Wróblem no i ja. Ugoszczono nas wygodnie na farmie C’est la vie Game, w pokojach dwuosobowych, z bieżącą wodą i toaletą. Jadło generalnie to, co sami przynosiliśmy z rewiru. Smacznie przyrządzone i ładnie podane. Owoce różnorodne o wyszukanych smakach. Dzień trwał jedenaście godzin i ani minuty dłużej. Słońce, gdy tylko chowało się za horyzontem zabierało całe światło dzienne. Zapadał nie zmrok ale absolutna ciemność. Generalnie po godzinie osiemnastej minut trzydzieści jak ktoś nie wrócił z terenu to miał poważny problem. Każdy wyjazd rozpoczynał się tuż przed siódmą. Zabieraliśmy broń, aparaty fotograficzne, lornetki i wodę, bo temperatura z kilku stopni nad ranem błyskawicznie rosła. Z każdą godziną pozbywaliśmy się kurtek, bluz i kaleson. Pogoda w południe była odpowiednikiem polskiego lata, z tym, że było bezwietrznie. Oczy nasze i obiektywy starały się wychwytywać wszystko. Na każdym kroku pojawiały się niespodzianki. W towarzystwie właściciela farmy Chrisa Smita lub jego pracowników bacznie przyglądaliśmy się grupom różnych antylop wypatrując odpowiednie osobniki, które powinny, ich zdaniem być usunięte z rewiru. Dla towarzystwa a raczej z obowiązku towarzyszył nam przedstawiciel policji, który to udostępniał broń z tłumikiem w kalibrze 270 Win lub 243 Win. Jak na warunki afrykańskie wydawało się to bardzo dziwne. A dlaczego z tłumikiem? Tłumaczenie było proste: jak najmniej czynić hałasu i paniki wśród zwierząt. Stara konstrukcja Mausera spisywała się raczej dzielnie, nie wliczając kłopotów z wprowadzeniem pocisku do komory nabojowej, który to zazwyczaj ustawiał się pod kątem klinując się. Lunety o wyszukanych nazwach, mało znanych w Polsce nie zawodziły. Strzelcy nie popełniali błędów więc zwierzyna nie cierpiała. W ciągu tych kilku dni, pozyskaliśmy dwa oryksy, cztery bawolce (hartebeesty), cztery szpringboki, dwa stenboki, jednego blesboka, dwa guźce i pięć gnu ( dwa pręgowane i trzy brunatne -białoogoniaste). Strona ptasia, Wróblowata, w sumie pozyskała dziesięć sztuk. Na to wszystko wygospodarowaliśmy jeszcze czas i zwiedziliśmy Big Hole, tj. słynną Wielką Dziurę. Owa Wielka Dziura to pozostałość po odkrywkowej kopalni diamentów w Kimberley. Uważana za największą wykopaną ręcznie przez ludzi dziurę na świecie. Obecnie prym wiedzie chyba kopalnia diamentów Jagersfontein. W okresie 1866-1914 roku wydobyto z Wielkiej Dziury około 2722 kg diamentów tj. ponad 14,5 mln karatów kopiąc na głębokość 1000 metrów, z czego część odkrywkowa osiągnęła głębokość 240 metrów. Owe rozmiary powodują, że te dzieło ludzkich rąk, podobnie jak mur chiński widoczne jest z kosmosu. Czas biegł nam nieubłaganie. Nawet podróż powrotna szybko minęła. Północna Polska przywitała nas chłodem, tak jakby z zazdrości. Ale miała powody, bo w Afryce można się zakochać na stałe. Stąd bociany przylatują do Polski a Wróble odwiedzają Afrykę.




07 Maja 2013





27 Kwietnia 2013
No tak. Ja o wiośnie i o boćkach. A z Moraw nadesłali mi kwietniowe jelenie, które złapały się na fotopułapkę. Tam zima jeszcze nie ma zamiaru chyba odejść.




10 Kwietnia 2013
Bocian wylądował! To już wiosna, którą liczę nie kalendarzowo, ale od dnia przylotu na samą północna stronę Polski bociana. I dokonał tego w dniu 09.04.2013 roku, z kilkudniowym, w stosunku do lat poprzednich opóźnieniem. Teraz winno być już tylko lepiej. Przynajmniej z temperaturami, bo opadów i to deszczu się można spodziewać. No cóż. Kwiecień plecień. Wracając do owego boćka, to przygotowałem, dzięki Energa Słupsk, nową profesjonalną platformę, ponieważ szkielet z kątowników i lampa nie utrzymały ciężaru gniazda. Gniazdo spadło zimą. Więc trzeba było pomyśleć o platformie. Założyliśmy ją w marcu. Włożyliśmy trochę suchych gałązek, jakiś tam patyków, aby nie lądował na nieumeblowanym gnieździe. No i jest. Poniżej kilka zdjęć z jego przylotu i jedno z poprzedniego roku, z dużym gniazdem, które niestety spadło. Tak więc, jedno z życzeń wielkanocnych się spełniło: boćki przyleciały. Pozostają jeszcze te złote jaja, które kura ma Wam znosić. Niech stanie się trochę cieplej to i zacznie znosić.




15 Listopada 2012
Dwa Hubertusy

Dwa Hubertusy. W "Wilku" i "Danielu".
Dwa króle polowania w jednym człeku, nie w wielu.
Dwa medale, dwa sygnały, co śmierć dzika głoszą,
i me serce i dusza co o hołd jeszcze proszą.
Z racji tego, mego świętowania,
wiersz w załączniku do poczytania.
Niech Hubert da Wam łask pełen wór,
Wszystkiego dobrego Moi Mili.
Darz Bór!


Andrzej Wróbel
PS. Zdjęcia dzięki uprzejmości Michała Podlaka i Marcina Harasima.

Hubertus 2012

Nad Rowokołem mgła mlekiem stanęła,
Ruszyła naganka, półkolem się zgieła.
Marząc usilnie o szablach i fajkach
Stoją myśliwce okryci w kufajkach.


Starzy wyjadacze widzą co młodym umyka,
Bo oto dzik w swój matecznik znika.
Czekają na nagankę, nastawiając ucha
Niejeden gongu do końca wysłucha.


Nemrody dla zwierza to młode głupki,
Źle strzelają, bądź stoją jak słupki.
Są za to postrachem pośród wszystkich żywych,
Bo często nie do zwierza walą, lecz do myśliwych.


Ale oto gong zajął las wszystek cały
I tylko czekać jak rozhukaną strzały.
Jeszcze chwila. Szybko nabój wciska,
Bo zwierz tnie do linii, wprost na stanowiska.


Tak bywa, że młodzi w jednej równej chwili
Z nerwów. Bo i z czego? Razem wystrzelili.
Zwierz cieszy się na takie pudłowanie,
Bo to partolenie a nie celowanie.


Lecz oto drugi gong z daleka w mig woła.
Starzy ścigają szybko mycki z czoła.
Bo u tych pierwszych nie naładowane rurki
A ci starzy właśnie naciągają kurki.


Modląc się do Patrona Świętego w nadziei,
Że na niego właśnie zwierz wyleci z kniei.
Święty Hubercie! Żeby tylko nie chybić!
Bo przed Nemrodem trza się będzie wstydzić!


Jest! Czarny zwierz, jak piekielna smoła.
Ratuj mnie Hubercie, młody Nemrod woła.
Nadaremno raczej na puszczy wołanie,
Bo starzy zaczęli właśnie polowanie.


Słychać uderzenie ołowianej kuli,
Po której zwierz się rychło kuli.
Pisze biegami historię (o) pojedynku
Zanim zamknie ślepia w głębokim spoczynku.


Farba czerwona strużką przez gwizd biegnie,
Zwierz już wie, że na wieczność legnie.
Kładzie po sobie słuchowate uszy,
Nie ma już w ciele odrobiny duszy.


Ostatni kęs, ostatnie kabana tchnienie,
Po tym jak wydał swe ostatnie tchnienie.
Obok zwierza prowadzący polowanie.
Żegna się z odyńcem. Rozpoczyna granie.


Sygnałówkę wznosi wysoko do góry,
By pieśń dotarła w niebo, daleko za chmury.
Przerywa często pieśń o cudnym rozkładzie
I znów ustnik na ustach z namaszczeniem kładzie.


I w końcu cisza, gdzie wszystkim się zdawało,
Że prowadzący gra jeszcze. Lecz to echo grało.
Nawet cienie drzew z głębokiego boru
Niosą pieśń pod strzechy, do każdego dworu.


I szło to granie coraz dalsze i dalsze
Czyste jak łzy, coraz doskonalsze.
Aż umilkła całkiem owa sygnałówka,
Słychać było jeno tych Nemrodów słówka.
Bo każdy z nich pieśnią był natchniony
Łowił okiem, uchem odchodzące tony.
I takie to było myśliwców spotkanie.
Takie właśnie było u nas polowanie.


Nie czuję, gdy myśląc zamykam powieki,
Aby czas tych polowań był aż tak daleki.
Tradycja, piękno zwierza i ojczysta mowa
A co najważniejsze – przykładowa zgoda.


Teraz panowie jest takie samo zgranie
Jak wtenczas na sygnałówce granie.
I przyznać należy między swemi, nami,
Że niejeden z nas marzycielem, przynajmniej czasami.


Bo często dzionek mija nadaremnie,
Nie psiak, nie zwierz ale głupek ze mnie.
Bo po co dawać strzałów tysiące, bez liku,
Wystarczy ciepło myśleć o szczęśliwym dziku.


To dla Was Koledzy to moje pisanie
By rozbudzić u Was do lasu kochanie.





07 Listopada 2012
Mamy już 60 lat!

Każdy z nas, kiedy jeszcze nosił tornister na plecach uważał, że człowiek w wieku czterdziestu lat to już stary człowiek. Z biegiem czasu ta ocena uległa zmianie.
Dziś, 70 lat to dobry wiek, jeszcze z długimi perspektywami, a przysłowiowa sześćdziesiątka to po prostu średni wiek. Choć w tym czasie niektórzy dochowali się już wnuków a nawet prawnuków, (jeśli oczywiście pierwsza randka zakończyła się sukcesem) to i tak wszystko jeszcze przed nimi.
W dniu 15 września 2012 roku nasze Koło: Wojskowe Koło Łowieckie Nr 291 Wilk w Redzikowie świętowało 60 lat swojego istnienia. Na uroczystych obchodach „Średniaka” widać było, że wielu członków dochowało się potomstwa, które zgodnie z tradycją rodzinną również i ono stało się członkiem naszej, myśliwskiej rodziny. I choć czasami pojawiają się zgrzyty i wpadki to jednak, tak jak we wzorowej rodzinie przystało, tylko ją wzmacniają. Bo, o co się tu kłócić, kiedy w łowisku pojawia się trzypokoleniowa rodzina. Jeden twierdzi, że jest ważniejszy gdyż ma w swojej obronie ojca i dziadka, drugi zaprzecza, bo to on ma syna i ojca a ten trzeci mów, że to on ważniejszy gdyż ma syna i wnuka. Takie układy rodzinne są dumą naszego Koła. Świadczą o tym, że członkowie KŁ Wilk mają zaufanie do struktur Koła i zaufanie do jego członków.

Więzy rodzinne, koleżeńskość, przyjaźń, poczucie odpowiedzialności w stosunku do innych i do ojczystej przyrody to zalety naszego Koła. Dowodem na to jest duża liczba członków niemacierzystych a także ciągły przypływ nowych Kolegów nemrodów. I tym się należy szczycić! Zresztą się szczycimy.

Uszanowanie tradycji, umiejętność doceniania innych to dodatkowe walory, które zwiększają grono naszych sympatyków. Dzięki nim, a także dzięki kolegom z WKŁ Wilk Komitet Fundacyjny Sztandaru w osobach: Wojciech Olewnik, Andrzej Wróbel, Jerzy Safader i Andrzej Gomulski pozyskał fundusze na wspaniały sztandar Koła, który jest niewątpliwie ważnym i prestiżowym symbolem jedności organizacyjnej. Jest również symbolem wielkiej idei prawego łowiectwa i świadczy o odpowiedzialności, o osobistej godności. Sztandar ten uroczyście został wręczony Koledze Jerzemu Barbarowiczowi, Przewodniczącemu Okręgowej Rady Łowieckiej w Słupsku. Ten z kolei dostojnie przekazał go Koledze Zdzisławowi Kropińskiemu, Prezesowi KŁ Wilk wypowiadając uroczyście słowa: „Przekazuję Wam sztandar Wojskowego Koła Łowieckiego Nr 291 Wilk, jako symbol pięknych idei prawego łowiectwa oraz znak Waszej koleżeńskiej i organizacyjnej wspólnoty. Działając i polując pod nim, bądźcie wierni wyobrażeniom na tym sztandarze ujętym, kultywujcie najlepsze tradycje naszych przodków. Noście ten sztandar wysoko, doznajcie pod nim wiele myśliwskich satysfakcji i zadowolenia. Niech Wam Święty Hubert i Bór Darzą! Kolega Prezes klęcząc, ślubował uroczyście przestrzegać sumiennie praw łowieckich, postępować zgodnie z zasadami etyki łowieckiej, zachowywać tradycje polskiego łowiectwa, chronić przyrodę ojczystą, dbać o dobre imię łowiectwa i godność polskiego myśliwego. Po czym przekazał sztandar dla pocztu sztandarowemu mówiąc: „Przekazuję pod Waszą straż i opiekę najcenniejszy symbol naszego koła. Strzeżcie go jak prawdziwego skarbu dla nas i dla potomnych”.
Tym samym Wojskowe Koło Łowieckie Nr 291 Wilk w Redzikowie może poszczycić się jednym z najpiękniejszych sztandarów nie tylko w Okręgu Słupskim, ale i w Polsce. Owy sztandar, co warto zaznaczyć odznaczony został Złomem, najwyższym odznaczeniem łowieckim, a jego drzewiec udekorowany wspaniałymi gwoźdźmi honorowymi. Poniżej z dumą należy wymienić listę fundatorów:
1. Argali S.C. Andrzej Zdunek
2. Biurkom Flampol Szeligowo
3. Huntingpol Katarzyna Szymańska
4. Koło Łowieckie Daniel
5. Koło Łowieckie Hubertus
6. Nadleśnictwo Leśny Dwór
7. Nadleśnictwo Warcino
8. Pommernjagd Jerzy i Barbara Grynia
9. PZŁ Łowex
10. Bogdan Broniecki
11. Roman Buska
12. Henryk Chmielnik
13. Marek Dąbrowski
14. Henryk Dembski
15. Andrzej Dworzak
16. Zdzisław Fałaga
17. Józef Gaczyński
18. Andrzej Gomulski
19. Mirosław Hermaszewski
20. Henryk Jasiorowski
21. Marian Kaczmarek
22. Piotr Michał Kałagate
23. Stanisław Klimczak
24. Włodzimierz Kluczek
25. Zdzisław Kropiński
26. Zdzisław Machowski
27. Mieczysław Mroczkowski
28. Wojciech Olewnik
29. Łucjan Pielowski
30. Ryszard Romanowski
31. Zygmunt Rzeźnicki
32. Eugeniusz Safader
33. Jerzy Safader
34. Rafał Safader
35. Slatoslav Ščudla
36. Roman Piotr Sichelski
37. Ignacy Stawicki
38. Mirosław Szlachcic
39. Ryszard Tomaszewski
40. Mirek Vrtilek

W dniu 12 września 2012 roku Kapituła Odznaczeń Łowieckich nadała odznaczenia naszym Koleżankom i Kolegom. Wśród nich wybija się Kolega Stanisław Klejnotowski odznaczony takim samym odznaczeniem jak sztandar naszego koła -Złomem. Z tego odznaczenia jesteśmy wszyscy ogromnie dumni. Gratulujemy Naszemu Koledze!
Wyróżnieni zostali także Brązowymi Medalami Zasługi Łowieckiej:
1.Lesław Budnicki
2.Bernadetta Lewicka,
3.Krzysztof Lewicki
4.Mieczysław Mroczkowski
5.Jan Nowakowski
6.Stanisław Strehl
7. Andrzej Szagun

Odznaczenia wręczał w asyście Łowczego Okręgowego, Kolegi Mariana Wilczewskiego członek Naczelnej Rady Łowieckiej, Prezes Okręgowej Rady Łowieckiej w Słupsku, Kolega Jerzy Barbarowicz.

Za zasługi dla łowiectwa słupskiego wyróżnieni zostali:
1. Zygmunt Majchrowski
2. Stanisław Mazur
3. Stanisław Mrozowicz
4. Ludwik Sitkiewicz

Uroczystość, którą dopinał Kolega Zdzisław Kropiński Prezes Koła i Eugeniusz Safader Łowczy Koła, a prowadził w roli mistrza ceremonii Andrzej Wróbel przepełniona była wspaniałą muzyką myśliwską graną przez zespół sygnalistów z Bytowa (Stowarzyszenie Przyjaciół, Muzyki i Kultury Łowieckiej). Prezesem tego stowarzyszenia jest wspaniały człowiek, członek Okręgowej Rady Łowieckiej Kolega Edmund Wroński.

Uroczystość zakończyła się późnym popołudniem z racji, jak to w Kole Wilk bywa, dobrej strawy a przede wszystkim atmosfery.




17 Sierpnia 2012
Koledzy pomimo, że narzekają iż nie ma w tym roku ciekawych kozłów to jednak informują o pozyskaniu przez siebie ciekawych myłkusów. Zmobilizowało to mnie do przeszukiwania łowisk za tym jednym upragnionym. I stało się. Ale jak to najczęściej bywa, że pod latarnią najciemniej, okazało się, że pod moją chałupą przebywa jeden takowy, co którego trudno podejść. Ale 15 sierpnia 2012 roku, w Święto Państwowe i Kościelne, w Święto Wojska Polskiego, Rocznicę Cudu Nad Wisłą, Wniebowzięcia Maryi Panny, Matki Boskiej Zielnej stał się cud na Poligonie, na którym to mam szczęście mieszkać. Krótki spacerek przed kontynuowaniem sianokosów i jest owy prezent od św. Huberta uwidoczniony został na fotografiach. Radość ma przeogromna! A dalej to sianokosy bo pogoda idealna. W przerwie, choć na chwilę musiałem wziąć udział w pikniku z okazji rozpoczęcia sezonu na kaczki w Wojskowym Kole Łowieckim Nr 291 "Wilk". Tam po krótkiej zbiórce, odprawie myśliwych i instruktarzu kolegi Prezesa Zdzisława Kropińskiego, co niektórzy udali się nad wodę o mrocznej nazwie: Czarny Młyn. I nie chodziło tu o strzelanie do owych kaczek, ale o wybór króla pudlarzy czy króla polowania. Po podniesieniu jednego ptaka wrócono radośnie na miejsce zbiórki aby móc wspólnie z rodzinami i przyjaciółmi koła gaworzyć o wszystkim a przede wszystkim o najbliższej uroczystości związanej z nadaniem sztandaru dla KŁ Wilk. Uroczystość ma mieć miejsce w Smołdzińskim Lesie w dniu 15 września br. Pozdrawiam wszystkich i Darz Bór! A! Jeszcze jedno, co bardzo ważne. Królem polowania został nasz Kolega Roman Kałuc. To ten na zdjęciu z kaczką. Jeszcze raz pozdrawiam Wszystkich!




01 Sierpnia 2012
Czy czujecie, ze to koniec lata? Powoli wszystko już na to wskazuje. Młode boćki przebywają całe dnie gdzieś na łąkach, a te które przechodzą okres rehabilitacji mocno ćwiczą. Rano, kiedy temperatura spada poniżej 10 stopni słychać porykiwania byków. Pierwsze trzy odezwały się 27 lipca!!! Dzięcioły też są na przelotach. Kilka młodych osobników, które wyleciały z pobliskiej dziupli uporczywie wyjada mrówki. Szczególnie te, które wylazły ze szpar spękanego betonu. Jest wesoło, ale i zarazem smutno, bo lato się nieuchronnie kończy.




01 Sierpnia 2012
Jak przystało na rodzinę Wróbli, towarzyską rodzinę, dwóch już wyrośniętych wróbli, tzn. samiec alfa i samiec beta na polecenie młodej wróblówny wybudowało wolierę dla papug. Woliera z możliwością przeniesienia, będzie jednak usytuowana całorocznie na posesji, a przebywające w niej papużki (nimfy i faliste), będą się musiały adaptować do naszego, środkoweuropejskiego klimatu i wytrzymywać temperatury od -30 do + 30 stopni. Ważne aby miały ciągle jadło i wodę, byle nie w postaci lodu.




23 Lipca 2012
Słońce przykryte chmurami. 12 stopni powyżej zera. Chłodny, mglisty wiatr. Wracały z żyta. Snuły się przez obsiane prosem i rzepą pole , na którym prawie nic nie wyrosło oprócz trawy przy rowach ze stagnująca wodą. Przecięły następnie drogę betonową co po której nie jeździ nikt. Może chciały pomyszkować w niekoszonych łąkach, może poślimaczyć za pomurami lub zasmakować korzeni trybuli. I chyba nie dane im to było. Zaspałem na dalszy, dłuższy wyjazd. Pogoniłem kwadrans po czwartej. A tuż przed piątą budziłem już Karela.Było już po wszystkim. Pomoc była potrzebna. Bo pokot odpowiedni musi być. Szacunek dla natury, szacunek dla zwierza nade wszystko, przede wszystkim. A teraz? A teraz mimo radości mam jak zwykle wyrzuty sumienia: czy aby dobrze? Czy aby dobrze???Pocieszam się, że tak. Pocieszam się, że tak też i św. Hubert chciał. I chyba rolnik, co mu z żyta zrobiły lądowisko. Tak się pocieszam, zwalając część winy na innych. Bo mam mieszane uczucia. I dziwnie teraz zabrzmi: Darz Bór!




02 Lipca 2012
Imieniny, najkrótsza noc w roku, noc Świętojańska, Kociewie, idealna pogoda to przyczynek do spotkania rodzinnego u Starego Wróbla, Jana Wróbla. Jak zwykle było wesoło, humorzaście i trochę edukacyjnie. Zdjęcia i krótki filmik: Obejrzyj wystarczą za opis co się tam w Dąbrówce działo. Końcowe zdjęcia to pobyt w miejscowości Frank w miniaturowych ogrodach. Tylko jazda na rowerze do miłych nie należała.




02 Lipca 2012
Gość Górnych Lotów
Co jakiś czas odwiedza nasze domostwo, człowiek górnych lotów – Mirosław Hermaszewski. Tym razem pojawił się z małżonką Emilą w 34 rocznicę swojego lotu w kosmos (27 czerwca 1978 roku).
A to krótki filmik pod adresem: Obejrzyj. Pobyt choć krótki, kilkudniowy zaowocował licznymi spotkaniami i prelekcjami. Jedna nawet odbyła się w naszym domu. Dowiedzieliśmy się wiele szczegółów z przygotowań jak i samego lotu. Szczegółów takich, które nadaremnie można szukać w dostępnej literaturze.
Na spotkanie przybyli Jego i zarazem moi przyjaciele, których już znacie i których przedstawiać już nie trzeba poza Frankiem Klimczukiem. Warto jednak wspomnieć, że goście pojawili się w większości z białogłowami swymi.
Między prelekcjami Mirosław znalazł czas dla siebie, na swoje przemyślenia chodząc po polach i lasach, przesiadując na ambonach czy w swojej, przenośnej czatowni. I pomimo fatalnej, deszczowej pogodny z silnym wiatrem to jednak humor dopisywał mu doskonale. Nie zepsuły go nawet buty, które po wielokilometrowym marszu nie wytrzymały warunków terenowych. Buty owe, człowieka z kosmosu są w naszym gospodarstwie. W najbliższym czasie przedłużymy ich funkcjonalność przekształcając je w doniczki na kwiaty. I kto by pomyślał, że nie zdarł cholewek okrążając ją 126 razy, a tu dosłownie kilka kilometrów i masz już z nich donice.
Dla ciekawskich dołączam poniżej tekst, jaki zaczerpnąłem za Wikipedią o Mirosławie Hermaszewskim. Moim zdaniem warto się z nim zapoznać. I gdyby były pytania do kosmonauty do bardzo proszę. Jest duża szansa, że pojawi się już pod koniec sierpnia br.
A oto tekst za Wikipedią:
Dzieciństwo i młodość
Ocalony z rzezi wołyńskiej przez ojca. Podczas "czerwonych nocy" na Wołyniu w latach 1943–1945 stracił 19 osób z rodziny, w tym ojca, zamordowanego przez UPA. Dziadek Sylwester Herbu Zaremby – szlachcic zagrodowy dochował się 12 dzieci. Rodzina wychowana była w duchu patriotycznym. Stryj Antoni Hermaszewski był działaczem młodzieżowym i niepodległościowym. Walczył w 1920 z bolszewikami. Niemal dwadzieścia lat później został uczestnikiem polskiej konspiracji, później żołnierzem Armii Andersa. Ciocię Władysławę z Hermaszewskich Seweryn deportowano do Kazachstanu. Obecnie mieszka w Londynie. Stryj Tadeusz przez całą wojnę walczył na morzu na niszczycielach ORP „Burza” i ORP „Ślązak”. Drugi stryj Zygmunt Hermaszewski – przedwojenny absolwent SGGW był oficerem rezerwy Korpusu Ochrony Pogranicza i również żołnierzem polskiego podziemia. Uwięziony przez Niemców w Oświęcimiu – po wojnie został konsulem w Tuluzie.
Mirosław Hermaszewski po wojnie, w 1945 wraz z rodziną repatriował się do Wołowa niedaleko Wrocławia, gdzie ukończył szkołę podstawową i liceum. Podczas panicznych ucieczek przed banderowcami gdzie dochodziło często do gubienia dzieci, które potem samotnie błąkały się i albo podczas obław na niedobitki ginęły, albo ktoś się nimi zaopiekował. Jak odnotowują historycy "W kolonii Lipniki (pow. Kostopol) podczas nocnego napadu w strzelaninie i pożarze ściganej przez banderowców matce wypadł z rąk półtoraroczny późniejszy polski kosmonauta Mirosław Hermaszewski. Dobrze opatulony przeleżał w śniegu do rana i został znaleziony przez ojca."
Lotnik i kosmonauta
W 1960 zaczął latanie na szybowcach w Aeroklubie Wrocławskim, a później na samolotach na lotnisku w Grudziądzu. W 1961 wstąpił do dęblińskiej Szkoły Orląt, gdzie opanował pilotaż samolotu TS-8 Bies i uzyskał kwalifikacje pilota myśliwskiego 3 klasy na samolocie odrzutowym MiG-15. Szkołę ukończył jako prymus i uzyskał przydział do 62 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego OPK im. Powstańców Wielkopolskich 1918–1919 w Poznaniu, gdzie po 2 latach uzyskał uprawnienia pilota 1 klasy i został przeszkolony w pilotażu samolotów ponaddźwiękowych MiG-21. Ukończył z wyróżnieniem Akademię Sztabu Generalnego w Warszawie. W latach 1964–1978 służył w wojskach obrony powietrznej kraju. Był dowódcą eskadry28 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego w Słupsku-Redzikowie, zastępcą dowódcy 34 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego w Gdyni-Babich Dołach oraz dowódcą 11 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego OPK im. Osadników Dolnośląskich we Wrocławiu.
W 1976 został wyłoniony w drodze selekcji z grona kilkuset polskich pilotów wraz z płk. Zenonem Jankowskim jako kandydat do lotu kosmicznego w ramach międzynarodowego programu Interkosmos, utworzonego przez ZSRR. Ostatecznie wybrany (Jankowski został zmiennikiem). Od godziny 17:27 27 czerwca do godziny 16:31 5 lipca 1978 wraz z Piotrem Klimukiem odbył lot na statku Sojuz 30 i po 2 dniach lotu dołączono do stacji orbitalnej Salut 6. Po wykonaniu programu badawczego 5 lipca w stepach Kazachstanu odbyło się lądowanie. W czasie 8-dniowej misji dokonano 126 okrążeń Ziemi i zostało ustanowionych kilka rekordów Polski zatwierdzonych przez FAI.
Za udział w tym locie Mirosław Hermaszewski został odznaczony "Złotą Gwiazdą" Bohatera Związku Radzieckiego (nr 11 301), Orderem Lenina oraz Orderem Krzyża Grunwaldu I Klasy. W 1986 został Kawalerem Orderu Uśmiechu.
Działalność polityczna
Od 1981 do 1983 był formalnym członkiem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. W tym czasie odbywał studia w Moskwie i do Rady został włączony bez swojej wiedzy. 13 grudnia 1981 na rozkaz wojskowy przybył do Warszawy, lecz po dwóch tygodniach zwolniono go na dalsze studia. W 1983 został wybrany na wiceprzewodniczącego Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W latach 1987–1991 był komendantem Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych. 12 października 1988 otrzymał awans na generała brygady. W latach 1991–1992 był zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej i szefem bezpieczeństwa lotów WLiOP w latach 1992–1995. Od 1995 inspektorem ds. Sił Powietrznych w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego.
W 2001 wystartował bez powodzenia w wyborach do Senatu RP z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej – Unii Pracy, zaś w 2005 z identycznym skutkiem kandydował w wyborach do Sejmu z listy SLD (został wcześniej członkiem tej partii). Od 2002 do 2006 zasiadał z ramienia tej partii w sejmiku mazowieckim.
Jest członkiem Komitetu Wykonawczego Stowarzyszenia Kosmonautów i Astronautów Świata, członkiem Kapituły medalu Akademii Polskiego Sukcesu i członkiem Komitetu Badań Kosmicznych i Satelitarnych PAN oraz ASE – Stowarzyszenia Odkrywców Przestrzeni.




23 Lutego 2012
Myłkus. Pokręcony jak my wszyscy. Czy to wina łani, czy innego bodźca, że takie dziwaczne "rogi" ktoś mu przyprawił? Chodził troszeczkę z boku, jakby się nawet sam siebie wstydził. Być może i miał jakieś problemy natury "emocjonalnej". Ale patrząc na niego pod innym katem, to jest piękny w tym swoim dziwactwie.




06 Lutego 2012
Wszystko ucichło. Słychać było jedynie rozpaczliwy jęk zamarzających jezior i trzask pękanych pni drzew. A ja od kilku dni czekałem na spotkanie z tym jednym, jedynym, którego Św. Hubert pozwalał mi widywać przez niewystarczające chwile już od października. Styczeń był bogaty. Bo to mój miesiąc i okrągła rocznica. 21 stycznia 2012 roku właśnie skończyłem 50 lat. Powoli zaczynam sobie to uświadamiać. Może w końcu wydorośleję. Na co liczy najbliższa rodzina, przyjaciele no i ja sam. Pomiędzy spotkaniami z przyjaciółmi, balami karnawałowymi, myśliwskimi i odwiedzinami kolegów Św. Hubert wyciągał mnie na niewielkie chwile do lasu. Raczył mnie sowicie dzikorami o różnej maści, płci i orężu. Lecz to, co mi przygotował na moje urodziny przeszło najśmielsze moje oczekiwania. W same urodziny odmówiłem pójścia do lasu z wiadomych powodów. Jeszcze wziąłem na dodatek dwa dni urlopu. Jeden w piątek a drugi w poniedziałek. Nie będę tłumaczył dlaczego, bo to chyba wiadomo. W kolejną sobotę bal myśliwski w WKŁ Wilk. Jak zwykle dopracowany. Wszystko na wysokim poziomie. Niedziela była już wyłącznie dla mnie, dla Huberta i tego mył kusa, co chyba też przeżywał kryzys wieku średniego. Przemieszczał się z łaniami i cielakami skrajem łąki skubiąc wyschnięte źdźbła trawy. Gdy już dokładnie go "miałem" to opanował mnie strach, że przez te dygotanie rąk nie trafię. Padł jednak w ogniu. Jeszcze próbował wstać. Jeszcze podniósł łeb. Skonał. A łanie z cielakami stały. Długo stały. Bardzo długo stały. W końcu odeszły daleko w pola pozwalając mi zejść z ambony i cieszyć się widokiem wychodzonego, wymarzonego i wyśnionego byka. PS. Dzik też jest perełką. On z dedykacją dla tych, co życzą mi szczerze wszystkiego najlepszego. Pozdrawiam. Darz Bór!!!




11 Listopada 2011
Pogoda wymarzona. Atmosfera wyśmienita. Pierwszy miot pusty, ale to nie wadziło. Żadnemu z licznego towarzystwa humoru to nie zepsuło. Wszyscy liczyli na ten drugi. No i padły strzały. Ale do lisiorów. Jeden sobie został. Taki tam niedolisek. Ładnie go położyła Diana Bernadetta Lewicka, zawstydzając, no może akurat nie swojego męża, który ostro parzył, a mnie, bo i ja chciałem swoją garść śrutu dołożyć. Nie trafiłem. Nadal wszyscy pełni nadziei. Bo jest jeszcze trzeci miot, po sąsiedzku. Jeśli nie było ich w drugim miocie, to będą w trzecim. W końcu gdzieś muszą być. I były! Naganka z trudem się przedzierała przez młodnik. Psy głosiły jak opętane. Harmider straszny. Pisk, jazgot, chwila ciszy i na nowo hałas. A na linię nic nie chciało wyjść. To tak jakby słuchać tylko radia. W końcu Prezesowi Zdzichowi Kropińskiemu, w samym rogu pojawił się jeden. A później drugi. Obydwa oberwały za swoją głupotę i niewiedzę. Bo przecie wszystkim wiadomo, że gdyby taki dzikor w młodniku sobie siedział, to Pan prezes o nim by się nigdy nie dowiedział. Inni też nie próżnowali. Głośno od jedno, dwu i trójlufek było. A to bliżej, a to dalej. U mnie pojawiły się kozy. A może koza, która sobie dwa razy przeszła. Zbyt piękne oczęta. Byłoby grzechem je zamykać. Dalej Hubert dał mi do widoku na siedem kroków byka dziesiątaka, obustronnie widlicznego. Niestety tylko można było sobie popatrzeć. Przebiegł wzdłuż stanowisk i w końcu zniknął. Powoli miot się kończył, jeszcze tylko naganka zakręciła w młodniku aby zmusić pozostałych w nim maruderów do wyjścia. Jeden się zdecydował. I znów polazł na Prezesa Wilka! A Prezes, tylko z sobie znanych (humanitarnych chyba, bo jakich tam innych?) przyczyn nie wypalił. Tak miękkiego serca nie miał zaś prezes Daniela. Królewskim patronem położył kabana w ogniu. Na zbiórce posumowanie co nam Knieja przyniosła, co próbowali łowcy, ile razy wypalali i z jakim skutkiem. Dalej miła chwila odznaczeń kolegów: Jurka Safadera, Ludwika Sitkiewicza (obaj srebro) i Bogdana Bronieckiego (braz). Odznaczenia wręczał "oficjel", Prezes ORŁ w Słupsku, Jerzy Barbarowicz. Ale to swój chłop, co wrogów nie ma, zaś przyjaciół bez liku. Po tej całej ceremonii wszyscy pogoniliśmy na golonkę. A była naprawdę mięciutka, z kapustą. I jaka smaczna! Jak zwykle dobrą robotę wykonał Andrzej Januszewski. Tak dla sprawiedliwości podaję, że strzałów oddano 24, na pokocie znalazło się sześć sztuk czarnego zwierza i dwa liski. Królem polowania został Zdzisław Kropiński, a jego giermek co nalewkę prezesową (królewską) polewał, niejaki Jasiek od Bartłomiejusów oddał sześć strzałów. Oddał. I tylko oddał. I to by było chyba na tyle. Darz Bór!
A! Filmik z zakończenia polowania znajdziecie Moi Drodzy na stronie: Obejrzyj




11 Października 2011
Rykowisko jakby zwolniło. Jest chyba zbyt ciepło. Bo te 15 stopni nocą robi swoje. A jeszcze tak niedawno odzywało się ich ponad 130! Teraz, za widnego wychodzą tylko te, które św. Hubert chce zabrać do siebie. I zabiera. Goście z Niemiec wykorzystują ostatnie promyki słońca przebijające się zza horyzontu i robią selekcję wśród tych, które otumanione czasem godów pojawiają się na otwartych terenach. Są wśród nich perełki. Selekty jak się patrzy. I może to i dobrze. Jeśli się chce mieć dobre byki to tak własnie należy czynić. Wracając do tych gości, to też pojawiają się wśród nich "perełki". Jeden taki, niskiego wzrostu, okrąglutki, z piórkami w kapelusiku, ruchliwy dyskutant, co się wszystko jemu nie podoba, podchodził kilkakrotnie byki. Za trzecim razem podczas głośniejszej kłótni z podprowadzającym polskim myśliwym zdecydował się na strzał odrzucając pastorałki jako zbyteczny, przeszkadzający przyrząd.. Trzy razy wypalił. Bezskutecznie. Podprowadzający mając już dość wszystkiego tj. jego gadulstwa, marudzenia i narzekania, wyrwał mu broń i też sobie wypalił. Bezskutecznie. Obaj wracali mocno skłóceni i niezadowoleni. Poproszono mnie, abym zajął się gościem. Byłem zgodnie z planem o 18. W drodze na ambonę nasłuchałem się, że on nie chce podchodzić, że u siebie nie strzela z pastorałek, że siedzi na ambonie i spokojnie czeka. Kilometr przed amboną dobitnie sobie w aucie pierdnął. Smród do niewyobrażenia. Otworzyłem szybko okno i pognałem prędziutko do ambony, wsłuchując się w chichot Niemca. Kilometr wydawał się niezwykle rozciągliwy. Dotarliśmy jednak cało pod samą ambonę. Z auta chwyciłem jego plecak, zabrałem siedzisko, aby nie było od deski zimno w ten pierdzący tyłek i wdrapaliśmy się na ambonę. Siadając wygodnie odchyliłem gwóźdź i otworzyłem leciutko na 5 cm okienko.Podniosłem swój polski tyłek wydałem w grubych basach piękny marsz. Coś na wzór tych niemieckich marszy wojskowych. Współtowarzysz łowów dopadł do okienka ale niestety nie znał zasady jego otwierania. Krzyknął jedynie dwa razy: Fenster! Fenster! Na to ja: Langsam. Langsam! I powoli, naprawdę powoli otwarłem okienko po jego stronie tez na owe 5 cm. Szarpnął zawiasami, otworzył je z hukiem na oścież i wystawił swój łeb w kapeluszu. Po wymianie powietrza, bo zrobił się leciutki przeciąg, poinformowałem, że przed 19 z kierunku wschodniego (jego kierunku) pojawi się byk samotnik, a tuż po 19, od południa chmara (cztery łanie i trzy cielaki). Byk pojawi się po kilku minutach. Zdecydował, że będzie czekał na tego z chmary. I słusznie. Bo to ciekawy myłkus. Lufę wystawił przez okno. Na moją uwagę, że trzeba spoglądać przez lornetkę, że jeszcze mamy prawie godzinę czasu odparł, że to ja mam spoglądać i kiedy powiem, że już jest to on strzeli. Hmm. No dobrze. Pierwszy byk się nie pokazał. Za to chmara była punktualnie. Wszyła na środeczek łąki i czekała na władcę owego haremu. Pojawił się idąc leniwie w stronę licówki. Kazałem się "nemrodowi z choinki" przygotować. Pomimo, ze przez półgodziny trenował składanie się do strzału, teraz wiercił się wyjątkowo nerwowo. Szeptem dodał, że byk się mocno kręci. Złożyłem dłonie i krótko zaryczałem. Trochę w stronę byka, trochę ze śmiechu. Byk stanął idealnie. Myśliwiec uspokoił się i pociągnął za spust. A tu cisza. Nie napiął iglicy i nie odbezpieczył przy tym broni w blaserze R 93 (!!!). Byk na szczęście stał dalej. Naprawa błędu. Odbezpieczenie. Skład. A tu nadal cisza. Zacząłem się modlić. Podczas drugiej "zdrowaśki" pada strzał. Wreszcie! No! Niebiosa mnie wysłuchały! Łanie z cielakami ładnie zawinęły się wkoło byka i zabierając go, razem lekkim truchcikiem przez łąkę zniknęły w lesie. Idealne pudło!!!! No! Pomyślałem sobie. Trochę nauczy się pokory. Po powrocie skarżył się, że nie odbezpieczył broni, a gdy to zrobił nie włączył przyspiesznika. Wszyscy parsknęli śmiechem. R 93 nie ma przyspiesznika. Za to ma fatalnego właściciela. Starałem się go bronić, że był pod wpływem gazu itd. Gdy wracałem do swego auta zerknąłem na jego pojazd.na parkingu. Na tylnym siedzeniu leżały pastorałki. PS. Na zdjęciu uwidocznieni ci, których św. Hubert łaską darzy.




06 Września 2011
W zasadzie to już koniec lata. Temperatura spadła w ciągu jednego dnia o prawie 20 stopni. W dodatku pada i wieje. Tylko czasami pojawia się Słońce. Chyba, tylko po to żeby o nim nie zapomnieć. W nocy zaś, między chmurami zamigocą gwiazdy. I przez ten krótki czas odzywają się od niechcenia byki. Poza tym wszystko żółcieje spowite pajęczyną babiego lata. Mi, a raczej nam (Beacie i Gosi) udało się chwycić ostatnie dni względnego lata nad Wigrami. Dokładniej w Wigierskim Parku Narodowym i Poszeszupiu. Wpadliśmy w kilka miejsc dla nas najważniejszych. Odwiedziliśmy groby przyjaciół, którzy odeszli nagle, bez zapowiedzi. Wspominaliśmy Heńka Pietraszewskiego, Piotra Kisłowskiego, Darka Bobrowskiego, Tadka Świackiego i innych. Czas nieubłaganie robi swoje. Odwiedziliśmy także dyrekcję Wigierskiego Parku, a w niej piękną salę wystawową. Dyrektor, Jacek Łoziński (kol. ze studiów) i jego zastępca, mój druh z polowań, i nie tylko z polowań, Zbigniew Bogusławski doskonale sobie radzą z licznymi parkowymi problemami. A my? A my zakwaterowaliśmy się w Krzywem u naszych przyjaciół Basi i Bogdana Siemionów. Tak, aby mieć wszędzie blisko. Nad jezioro Czarne, nad jezioro Krzywe, nad same Wigry. By móc chodzić ścieżkami przyrodniczymi, kąpać się i pływać parkową, szklanodenną łódką. Za dnia zaglądać w zakamarki, które zdradziła nam Małgorzata Karaś, niezwykle sympatyczna, komunikatywna kobieta. Taka, o której śmiało można powiedzieć: do rany przyłóż. Dużo wie. I ma wielką zaletę przekonywania! Wszystko było niestety jednak w biegu. Chciałem córce swej, Gosi pokazać jak najwięcej. Odwiedzić przyjaciół. Zamienić kilka słów z każdym. Wpaść do Zdzicha Huszczy na szklankę zimnej wody, do Kisłowskich na ciepłą rybkę, do Świackich na herbatę. Chciałem koniecznie uścisnąć dłoń Czesławowi Martynce. Wszyscy z nich się nie zmienili. Promieniują nadal wielką energią, dobrym humorem. I pomimo przeciwności losu są zawsze uśmiechnięci. Dotyczy to też wszystkich byłych i obecnych pracowników Wigierskiego Parku Narodowego, a w szczególności Józia Koncewicza czy Stefana Mackiewicza. Wpadliśmy także do Leszczyńskich. Cudem ich odnajdując w Suwałkach. A po sąsiedzku, od Leszczyńskich na tak zwany rzut na taśmę odkryliśmy zaciszne gniazdko Kamińskich. Nadal są pełni humoru, choć trochę nerwowi bo właśnie pakowali się na wycieczkę samochodem na zachód Europy, do Hiszpanii. Trochę czasu zabieraliśmy Teresie Pietraszewskiej, naszej kochanej Teresie. Nigdy jakoś nie umiemy się z nią rozstać. Zaciągnęła nas nawet pod samą Litwę, do Poszeszupia. Tam gdzie jej rodzice. Gdzie spokój i cisza. Gdzie człek chciałby tam zostać i być zapomnianym od trosk. Ale wieczorami trza nam było wracać do Krzywego. Bo tak się dziwnie dzieje, że nadal, najlepsze na świecie nalewki robią Ania i Lech Krzysztofiakowie. Przy tym ani nam, ani Im gęby przy nalewkach się nie zamykają. Nawet teraz, pisząc ten tekst to sobie mlaskam. Mniam, mniam. Wspominając również wyborne ciasta Ani, które pierwszy raz miałem okazję zasmakować w końcu lat osiemdziesiątych. Tak, tak. To już tyle lat. Wówczas mój kilkuletni syn, Jasiek zaglądał często do Krzysztofiaków na zwiady pytając się: Ciocia! Pieczesz ciasto?. Ano piekę - padała odpowiedź. Na to synek: Wołać ojca? Wołać, wołać - odpowiadała z uśmiechem No i wpadałem i na ciacho i na nalewkę, za którymi ciągle, ogromnie tęsknię. Czas biegł jednak nieubłaganie szybko. Pora przyszła na powrót do domu. Jeszcze wyjeżdżając z Suwałk pożegnanie z Heńkiem i dalej w trasę. Do domu. Dziękujemy wszystkim, którzy nas pamiętali i którzy sobie nas przypomnieli. Zapraszam do galerii WIGRY




28 Lipca 2011
Oczywiście, żeby nie było nieporozumień, nie wszyscy mają tego lata labę. Szczególnie te istoty, które wchodzą w owies lub wysokoglutenową pszenicę. Bo muszę powiedzieć, że rzepaków w moim rejonie jak na lekarstwo. No i czasami trzeba ich trzymać w krótkich ryzach by nie zjadły wszystkiego przed żniwami. A ponadto zboże w tym roku bardzo drogie!!!




28 Lipca 2011
Wpadli do mnie z Czech, a właściwie z okolic Olsztyna, gdzie pogoda ich nie rozpieszczała. Karel, jego wnuk i zięć (niektórzy z Was ich znają) zamarzyli o złowieniu legendarnych, wielkich, polskich ryb. Niestety brania nie było. Poza drobiazgiem, który w Czechach też jest liczny, nic interesującego na haczyki się nie skusiło. Wpadli więc do Wróbla aby ich poratował. Poinformowałem, że za nich ryb to ja nie będę łowił, bo brak czasu, a poza tym cierpliwości no i kręgosłup chory. Sami będą musieli łowić, walczyć i wytargać jakieś tam monstrum z wody. Ja nie mam siły i zdrowia. Śmiali się z moich opowiadań. Wspominali, że przebiłbym scenarzystę "Rumcajsa", "Krecika" czy nawet scenarzystę "Bajki z mchu i paproci" (polska wersja językowa to chyba: "Żwirek i Muchomorek"). Uzbroili się więc moi Czesi w dobry sprzęt i wprosiłem ich do Michała, przyjaciela mego. To, jak legenda głosi pewne miejsce. I wierzcie mi, że to prawda. Monstrum, które wytargali w trzech chłopa, kalecząc ręce, bo podbierak nie wytrzymał, ma 9, słownie: dziewięć kilogramów! Dobra robota! Pani domu, moja białogłowa już zaciera ręce. Ma pewien nawet sposób jak go obrobić aby można było palce lizać. Dla towarzystwa zabrała jeszcze mniejszego szczupaka, kilka płoci (do octu), karpie i karasie. Będzie wyżerka. Może uda się Wam na nią zdążyć. Zapraszamy! PS. Dla informacji co dla niektórych podaję: Ryby, te wielkie, drapieżne złowione na "blachę" i inne tam błyskotki i woblery, a "octowe" na kukurydzę z puszki (bolognese) i jakieś tam robaki.




28 Lipca 2011
Lato na Poligonie przebiega zgodnie z planem. Pogoda dopisuje, choć czasami skrytą nocą potrafi zmoczyć glebę obficie. Ale to lepiej, bo przynajmniej ogródka nie trzeba podlewać. Wszyscy są zaprzątani pracą i nauką. Szczególnie nauką latania. Boćki szaleją budząc wczesnym rankiem wszystkich śpiochów lądując hałaśliwie na dachu a jeden z nich (mój pupil) na samochodzie. Ubarwia go przy tym na biało. Zaskakujące jest to, że pomimo, iż ma wybór w kilku zaparkowanych samochodach upodobał sobie właśnie ten kolor. A może markę? W nagrodę dokarmiany jest mięsiwem i rybami, co jeszcze bardziej uwypukla barwę dachu. W dzień bociany siadają na trafostacji. Już na szczęście przebudowanej przez Energę. Nie powinno więc być przykrych zdarzeń. Pustułki latają sobie w okolicy odwiedzając tylko czasami siedzibę Wróbli. Puszczyk to samotnik, choć pojawił się ostatnio skrycie w naszym domu. Jelenie, z uwagi na obecność psiaków omijają chałupinę naszą dwustumetrowym promieniem. Za miesiąc usłyszeć będzie ich pierwsze porykiwania! Z przykrych spraw to młode makolągwy zżarte zostały przez kota, a grzywacza "załatwił" jastrząb. Samo życie. Ważne, że przynajmniej inni trzymają się dzielnie! Z pozdrowieniami z Poligonu!




17 Czerwca 2011
Każde wyjście w teren to nowe odkrycia i nowe przeżycia. Zawsze coś zaskakuje człowieka. Tak też było i tym razem. Pierwsze wrażenie? Szok! I pytanie: Co jest??? Ano sami zobaczcie klikając na poniższy link.
Obejrzyj
Film wyłącznie dla Was. Zachowuję wszystkie prawa autorskie. :) A gdybyście nadal dociekali to odpowiem cytatem z filmu: Stul pysk, Kloss! My tu jesteśmy od zadawania pytań! Uścisk dłoni dwóch agentów: J23 i WD40 świadczy, że świat się zmienia.




27 Maja 2011
Knop, Klif, Koga, Kil, Nautek, Cekin, Certa, Cyklon oto pierwsi plażowicze w Czołpinie. Trzy pojawiły się z warszawskiego ZOO, pozostałe pochodzą ze Stacji Morskiej na Helu. Ich losy są rozmaite. Teraz świat stanął znów otworem. Trochę nieśmiało, bo widownia niezwykle liczna, zaczęły smakować piasku i nabierać pierwsze łyki wody. Później bardziej żwawo i większym zaufaniem zanurzały się w wodzie. Dzięki nadajnikom możemy je śledzić przez internet, w którym miejscu są i przypuszczać co ewentualnie tam robią. Życzmy im wszyscy szczęścia!!! A filmik z plaży Czołpińskiej to odnajdziecie tutaj: Obejrzyj i tutaj: Obejrzyj




23 Maja 2011
Dzik był jeden. W pszenicy. Nie widział mnie, ale obserwowały mnie uważnie dwie kozuchny. Niby mało płochliwe, ale niezwykle czujne. Drogę ucieczki obrały obok "czarnucha". Że się jego nie bały? Zgarnęły odyńczaka i razem, w trójkę wpadli do lasu. Była godzina jeszcze wczesna, bo przed piątą. Usiadłem więc na ambonie i czekałem, by przywitać się ze Słońcem. Kozioł pojawił się, jak to zwykle bywa nagle. Był i już. Zaczął niby to spałować, niby wycierać parostki o posadzone drzewko jabłoni. Śmiesznie to wyglądało, bo niby czym miał to robić? Jedynym kikuciem długości kciuka? Ale wycierał uparcie. Przypatrywałem mu się czekając na dogodną okazję. Suknia jeszcze nie zmieniona. Kark nieproporcjonalnie długi i dosłownie grzywiasty. Gdzie on się uchował z takim łbem myłkusowatym? Dziwak i już.Podszedł do kolejnego drzewka. I to był dobry czas, dobra jego pozycja dla mnie. No i został. Darz Bór!




19 Maja 2011
Emocje były ogromne. Jeszcze nie wygasły. Narastały z chwilą nakładania przez Niego parostków. A nakładały się dumnie, jeszcze gdy w scypule formował się Jego główny atrybut - trójząb. Widziałem owego Neptuna w czasie, gdy łąki były przykryte śniegiem. Widziałem Go kiedy śniegi znikły, a łąki przykrywane były porannym szronem. Widziałem go w końcu w zieleniącej się trawie, a później w żółtawych kwiatach. W końcu wiedziałem Go jak zdejmuje scypuł wycierając szydła o krzakory wierzby. Chodził wówczas dumnie z powiewającymi flagami. W końcu pokazał się w całej krasie ubarwiając trójząb na kolor rudawo brązowy. Lekko zardzewiały od słonych wód morskich. I tak, owy bóg wód, chmur i deszczu rozpoczął swe panowanie w rewirze otoczonym morzem, jeziorami, rzekami i licznymi kanałami. Jednak za sprawą Diany - bogini łowów, patronki myśliwych, a może samego Jowisza panowanie nie trwało długo. Pogromcą Neptuna został kolega Mirek Vrtilek, o czym ja, jego giermek uprzejmie donoszę. Wiedziałem, że będzie wielki, że to znakomity myłkus, jeżeli nie najpiękniejszy to będzie jednym z najpiękniejszych myłkusów w tym roku w Polsce.




18 Marca 2011
Liszka, R 8 i Wróbel Z lekkim podnieceniem nastawiłem się na poranny wyjazd na łąki poligonowe. Wstałem wcześnie, tuż przed czwartą. Miałem czas na śniadanie (pierwsze), lekką toaletę aby godnie przywitać dzień i ruszyłem w teren. Ustawiłem się wśród balotów zeszłorocznego siana i czekałem na lepsze światło. Pojawiło się w ciągu pół godziny oświetlając wielkie połacie łąk, na środku których pasła się chmara osiemdziesięciu ośmiu jeleni. Były tam minimum dwa dziesiątaki (trzecia głowa), 6 ósmaków w drugiej głowie, 4 szóstaki (to samo) i szpicery. Jeden się wyróżniał bo nosił szpice na ponad trzy długości łyżek. Będzie z niego pożytek! Słońce szybko wznosiło się nad horyzont. Temperatura tak samo. Z minus jeden do plus cztery. Podnosiły się również sarny, które pojawiały się jak grzyby po deszczu. Niestety, tego co tygrysy lubią najbardziej jednak nie było. Ale pojawiła się liszka. Chyba jeszcze zakochana po lutowej cieczce bo szła sztychem w kierunku balotów. A w balotach ja. No i została, co można zobaczyć na zdjęciach. Po drodze do domu zinwentaryzowałem sobie jeszcze sarny. Od kanału C 9 aż do rzeki Pustynki było ich sto siedem. Całkiem całkiem jak na marne trzysta hektarów. Przed domem powitały mnie czajki. Znaczy się, że wiosna tuż tuż. Teraz będę wypatrywał moich boćków. W domu nie kładłem się. Zrobiłem sobie śniadanie (drugie) i pojechałem do pracy w sam środek zgiełku ludzkiego. Ale w południe byłem znów na łąkach, gdzie przywracamy warunki lęgowe dla ptactwa.Jeśli jesteście ciekawi to kliknijcie na link: Obejrzyj




16 Lutego 2011
Zima nie odpuszcza. Szaleje na wiele sposobów. Na zdjęciach góry lodowe o wysokości około 5m, jakie zostały utworzone kilka dni temu po ostatnich wiatrach. Kra z jeziora Łebsko (trzeciego co do wielkości w Polsce) została zepchnięta w drzewostan niszcząc po drodze dosłownie wszystko. I niech mi nikt nie mówi, że nad morzem mamy spokojne zimy.




16 Lutego 2011
Nikt chyba nie jest w stanie powiedzieć ile ginie bocianów na trafostacjach lub zwykłych słupach energetycznych. Sądzę, że minimum kilkaset, jeśli nie około tysiąca. To bardzo dużo. Jakiś czas temu skierowałem do Zakładu Energetycznego prośbę dołączając zdjęcia zabitego bociana. Prosiłem o zmianę konstrukcji stacji transformatorowej oraz usytuowanie na sąsiednim słupie kosza, tj. takiej specjalnej platformy na gniazdo. I proszę. Panowie się zjawili. Kilka dni temu zmienili całą górę stacji (znaczy się lądowisko i miejsce odpoczynku dla boćka), wymienili także transformator z odpowiednim zabezpieczeniem, przycięli gałęzie i zamontowali na sąsiednim słupie platformę. Teraz przyszło nam czekać na przełom marca i kwietnia. Podejrzewam, że wprzód zajmą stare ptaki stare gniazdo, a później młode (4-5 letnie), zagospodarują (być może) platformę. Będę o tym informował. Na zdjęciach widać śmierć jednego z "moich "boćków. Zobaczyć można także widok stacji przed i po pracach remontowych a także platformę gniazdową.




02 Lutego 2011
Dwóch Wróbli odwiedziło w styczniu Morawy w Czeskiej Republice. Program był napięty, bo trzeba było wleźć na Ćertovy Kamień, rzucić okiem na Zlaty Hlum, wjechać wyciągiem na jeden ze szczytów aby pooglądać polskie Karkonosze i odległe Alpy. Następnie zobaczyć, czy da się zjechać na nartach, później spróbować palinki tj. śliwowicy a na dodatek jeszcze uczestniczyć w morawskiej zabijaczce. Groźnie to brzmi, ale tylko dla świnki, którą trzeba było nam dobrze sprawić na salcesony i pasztetowe. Pychota!!! Pogoda dopisywała. Niewielki mrozik ginął pod promieniami słonecznymi. Czas w doborowym towarzystwie Svati i jego przyjaciół biegł bardzo szybko. A i śliwowica robiła swoje. Stary Wróbel, łącznie ze mną mógł się odstresować i wypocząć. I tak też było. Choć na sam koniec czekała nas podwyższona adrenalina - Polowanie na bażanty.




12 Grudnia 2010
Ziścić marzenia, spełnić sny na jawie, zrealizować podróż życia. I wreszcie - zakochać się od pierwszego wejrzenia. To wszystko stało się. Stało się w drugiej połowie listopada 2010 roku. Wystartowałem piętnastego listopada samochodem do Brna. Tam przepakowałem walizki i dalej do Wiednia. Stąd już tylko samolotami do Johannesburga z przesiadką w Dubaju. W sumie prawie czternaście godzin w powietrzu. Przecież to żaden wróbel nie wytrzyma! W doborowym towarzystwie podróż mijała jednak szybko i wesoło. Południowa Afryka przywitała nas w deszczu w temperaturze odpowiadającej ciepłym, majowym dniom w Polsce. Ruszyliśmy lewą stroną (bo tu ruch lewostronny), na północ, do prowincji Limpopo. Na kilka rzutów beretem od granicy z Botswaną i Zimbabwe. Rozlokowaliśmy się w bazie Luiperdskloof. Otrzymałem bardzo ładny domek, kryty trzciną, z ciepłą wodą, lodówką i wygodnym wyrkiem. Żałowałem jedynie, że tachałem kilkanaście tysięcy kilometrów za dużo ubrań na zmianę. Tutaj zabrudzone wrzuca się do kosza, a na drugi dzień jest ponownie czyste i wyprasowane. Starałem się nawet „dorwać” tę gosposię w moim domku, lecz przez cały pobyt nie udało mi się. Nigdy jej nie widziałem. Już tego samego dnia, aby nie marnować najpiękniejszych chwil w życiu udaliśmy się w teren. Obszar po jakim się mieliśmy poruszać to kilkanaście tysięcy hektarów, z czego ten pierwszy to ponad trzy i pół tysiąca hektarów. W kilka dni nie ma szans aby zbadać każde zakamarki. Ale najważniejsze miejsca muszą być przeze mnie zaliczone. Chciałem chłonąć wszystko, zagarniać rękoma bezkresne przestrzenie, dotykać głazów i kamieni, zaglądać na dno wąwozów, podglądać zwierzaki, łapać je w kadr aparatu i kamery i wreszcie liczyć na dar od św. Huberta. Obojętnie czy czarno czy białoskórego. A co otworzyła i pokazała mi Afryka, to uwidoczniłem na zdjęciach poniżej. Pełen tekst z darami od św. Huberta znajduje się w dziale myślistwo.




13 Września 2010
Koniec lata
Zawiało wiatrem Aż liście na drzewach zadygotały I opadły
Za jednym pociągnięciem
Wichrowej ręki Dotąd szara ziemia
Od liści dywanu kolorową jest I ten leśny zapach borowika,
Którym wiatr zawiał, Został w albumie jesiennych liści. *
W oddali słychać ostatnie
Kombajny, pierwsze orki. I tak idąc po pustym ściernisku
Przypomina mi się lato, Ciepłe, złociste.
I smutno się robi na sercu Myśląc o końcu lata, Które powróci dopiero za rok.
Tekst i zdjęcia: Gosia Wróbel, wrzesień 2010t.




13 Września 2010
Czy to koniec lata?
Czy to koniec lata? Gdyż pożółkły liście, zszarzały ścierniska.
Ostatnie wieczorne burze rodzą wymokliska.
A jak koniec lata, czy to koniec życia? Zgania deszczem natura swą dziatwę do mycia. Do snu długiego przytula matczyna, Jesienią prawdziwą, przedzimie zaczyna.
Lecz to nieprawda. Życie na nowo zakwita, gdzieś we wnętrzu, promyk istnienia zawita. A las na nowo huczy optymizmem Grających byków. Jakby okultyzmem.
Ruch. Impet. Trzaski wieńców. Dziwne pomruki. Odgłosy jakieś. I znów łomot i znów huki!
Darń wyrywana. Zakładana na wieńce, na maski. I znów pęd! I znów trzaski!
A cisza? A cisza tylko na chwilę. By znów słyszeć huki i ryki na milę.
I wcale w babrzysku usypiająco nie brodzi. W sercach naszych i duszy na nowo się rodzi!. Na ten widok, na odgłosy , na swoistym kryciem Życie właśnie teraz, właśnie teraz tętni życiem.
tekst:Andrzej Wróbel, 13.09.2010r. zdjęcia: Marcin Nawrocki




10 Września 2010
Wybrałem się wieczorkiem by wgramolić się na ambonę i trochę odpocząć psychicznie od dnia nerwowego. Poiłem się widokiem kóz z koźlakami pasącymi się w oklapniętym łanie żyta. Ale dzikorów nie było. Już o dobrym zmroku, ale o dobrej jeszcze widoczności padła decyzja o zmianie miejsca. Na łan pszeniczny graniczący z zapomnianym chyba przez Boga i człowieka jęczmieniem. Oddalając się od ambony nagle ofukały mnie dwa wycinki. Musiały wejść w żyto dokładnie gdy schodziłem z ambony. Tak to jest gdy nie można wysiedzieć cierpliwie na jednym miejscu. No nic. Może na pszenicy. Już z daleka, idąc pod wiatr usłyszałem przyjemne dla ucha ciamkanie. Dwa urzędowały w pszenicy a jeden coś tam sobie wyszukiwał buchtując w jęczmieniu. Postanowiłem przytulić się do lasu. Tu jednak wiatr zmienił kierunek i z dzikorami niestety pożegnałem się błyskawicznie. Znów dwa fuknięcia na pożegnanie i cisza. A miałem sobie odpocząć! A tu stałem się jeszcze bardziej nerwowy. Tylko spokojnie pomyślałem. Zaglądnę sobie na ściernisko i pojadę do domu. Podjechałem kilkaset metrów. Dalej pieszo. Na ściernisku, na samym środku trzy kozy. Omijam je z daleka. Idę z wolna by nie hałasować. Na końcu wielkiego pola dostrzegam ciemną plamę. Chyba coś mam. Pomyślałem sobie, że gdyby to był dzik to nawet nie będzie kłopotu z transportem bo na ściernisko można śmiało wjechać. Skradam się niezwykle powoli. Jest coraz ciemniej. Brak dostatecznej ilości światła zmusza mnie na skrócenie dystansu maksymalnie. Jestem już na 40-50 metrze. To chyba wystarczy. Przyglądam się. Ot taki średniak. Buchtuje blisko grobli. Sam jeden. Może i dlatego czujny. Gdy kozioł zaszczekał od razu ustawił się do niego. Wietrzył. Po jakimś czasie już szczekaniem się nie przejmował. Tak mi się przynajmniej wydawało. Ustawiam spokojnie pastorałki. Kładę broń. Składam się. Ale w lunecie nic nie widzę. Ponownie lornetka do oczu. A w niej też pusto. Zniknął. Kurza twarz!!! Co się dzieje??? Dziś chyba nic mi nie jest pisane. A tak chciałem chwalić dzień przed „zachodem Słońca”. A tu cały taki jakiś popieprzony. Koniec tego dobrego. Wracam. Trzeba się przespać. W drodze powrotnej natchnąłem się znowu na jakiegoś wycinka. Suknia Czarnawa. Dobrze widoczne. Szedł idealnie w moim kierunku. Z wiatrem! A ja pod lasem. Wręcz idealnie. Spokojniutko rozkładam pastorałki. I obserwuję go już przez lunetę. Idzie wprost na sztych. Ale czasu mam sporo. Czekam jak się obróci. Nic z tego. Idzie nadal na sztych. Wolniutko, leniwie co chwilę się zatrzymując. Jest już wystarczająco blisko. Tak blisko, że na pewno wyraźnie usłyszał dzwonek telefonu. I to był moment. Odwrócił się tak błyskawicznie i tak szybko ruszył w przeciwną stronę, że tylko jego ciemna jak sadza plama z wolna zmieniała się w odcienie szarości i po chwili znikła. Tego było za wiele. Rozładowałem broń. Złożyłem pastorałki i zdecydowanym krokiem udałem się do auta a dalej do domu. Tyle pechowych zdarzeń w ciągu jednego krótkiego wyjścia! Ale tak to jest, gdy ktoś cię prosi o dzika. Albo go nie ma, albo go nie można spokojnie pozyskać. Na osłodę i sobie i Wam, dwa świeżutkie zdjęcia Marcina Nawrockiego. Pozdrawiam. darz Bór!




05 Lipca 2010
We wtorek, 15 czerwca, na plaży Czołpińskiej Słowińskiego Parku Narodowego wypuszczono do Bałtyku siedem fok szarych mieszkających wcześniej w Stacji Morskiej w Helu. Każdej z nich nadano imiona i specjalny nadajnik, aby móc później śledzić ich marszrutę prądami morskimi, a czasami i pod prąd po wodach naszego morza. I są to: Jantar, Jolka, Sabiś, Orzechówka, Mika, Darka oraz Jadrinka (chyba poprawnie zapamiętałem). Aby zobaczyć, gdzie foki aktualnie się znajdują Stacja Morska w Helu zaprasza na swoją stronę: www.fokarium.pl. Tam znajdziecie link: Śledzimy nasze foki.
Trzymajmy wszyscy kciuki aby nowo wypuszczonym fokom powiodło się całkowicie.








02 Czerwca 2010
To pole bez topól.
Nie zawsze to co się robi wygląda tak, jak powinno wyglądać. I aby osiągnąć jakiś cel, trzeba iść taką drogą, która dla wielu z nas wydaje się kręta i wyboista i którą wcale nie powinniśmy się poruszać. Takim może dziwnym zachowaniem, być może dla części z Was niezrozumiałym jest wycinka drzew przydrożnych. Lecz w tym przypadku nie chodzi o bezpieczeństwo kierowców, lecz o bezpieczeństwo wszelakiego ptactwa, które to na leciutko podmokniętych łąkach odbywa swe gody i lęgi. Trawa ścinana pyskami krów jest na taką wysokość, aby ptaki mogły się schować wystawiając jedynie głowę. Lecz to niestety nie zapewnia bezpieczeństwa przed drapieżnikami lotnymi, a szczególnie przed różnymi krukowatymi, które w niemiłosierny sposób dziesiątkują ptactwo. Siedzą sobie one na pewnej wysokości. Długo. Bo mają czas i dokładnie wypatrują co "w trawie piszczy" no i gdzie piszczy. następnie zlatują z drzewa prosto z góry wypatrzone miejsce i niszczą lęgi. Stąd na jednym ze zdjęć uśmiechnięta twarz Wróbla. Krukowate niech lecą gdzie indziej. Tu mają pierwszeństwo bekasy, bataliony, czajki, kuliki i inne siewki.








16 Listopada 2009
Nie tańczę z dzikami.
Muzyka nie ta.
Wiatr struny drzew zrywa.
Natura ciężko ma.

Podpatruję zatem walkę inną.
Gdzie jedni aby żyć
Uśmiercają tych wielkich
Wyłącznie, aby być.

Słodkości w tych barwach jednak wiele
Jak plastry miodu w ulu letnim
Karmię swe oczy pięknem tym
Jak sękacz słodziutki w nim








 
Ostatnia aktualizacja strony: 16 października 2008r., Odwiedzono nas: 84614 razy.
Sejsza ©2008